czwartek, 29 maja 2014

Włosko-duńskie wesele (Portomaggiore, Ostellato)

Włoska panorama
Oficjalne zaproszenie na wesele nigdy nie zostało dostarczone. Pochłonęła je pocztowa czarna dziura, nie po raz pierwszy usiłując ingerować w moje plany. Jednak czas dominacji papierowych listów przeminął z wiatrem, ku uciesze jednych i  smutkowi drugich. Pozostanę w tym sporze nowoczesności i tradycji bezstronna, powiem tylko, że para młoda wykorzystała wszelkie dostępne sposoby komunikacji, dzięki czemu dane mi było przeczytać elektroniczną wersję  broszury informacyjnej dla zagranicznych gości. Jako że zarówno ślub jak i wesele miały się odbyć we Włoszech, w niewielkiej miejscowości, e-mail zawierał wiele pomocnych wskazówek.
Pan młody wywodzi się z regionu Emilia-Romania, tam się urodził, mieszkał i uczył przez sporą część swojego życia. A potem wszystko się zmieniło. Zabawne, jak bardzo nasze życie zależy od przypadku. Kierują nami zrządzenia losu, łut szczęścia, małe decyzje, które prowadzą nas ku wielkim zmianom lub, jak kto woli, przeznaczeniu. Nie sądzę, by ktokolwiek spodziewał się, co może przynieść Włochowi wybór Danii jako kraju wymiany erazmusowej. Ponoć wybrał akurat ten rejon Europy z dwóch powodów: by móc podszkolić się w angielskim i żeby nacieszyć się czterema porami roku (wiosną w szczególności), natomiast sama Dania wybrana została ślepym trafem. Skąd mógł wiedzieć, że przydzielą mu jako opiekuna uroczą Dunkę? Skąd ona mogła wiedzieć, że właścicielem damskiego imienia z listy osób przyjezdnych okaże się jej przyszły mąż? Ot, kolejna nowa twarz, ot, zwykłe spotkanie. Ale nie było w tym nic kolejnego, nic zwykłego, przynajmniej patrząc z perspektywy czasu. Ludzie wywodzący się z różnych kultur, państw, o innej mentalności i różnych przyzwyczajeniach, władający jednymi z najbardziej odmiennych języków, postanowili być razem - mimo wszystko lub dzięki wszystkiemu. Na pewno nie było im łatwo, zwłaszcza, że większość erazmusowych par rozpada się zwykle prędzej niż później. Do mnóstwa wątpliwości przyznała się matka panny młodej. Podczas wesela wznoszonych było wiele toastów, fragment  tego konkretnego wyrył się w  mojej pamięci. Mówiła o swoich obawach dotyczących związku córki, o wątpliwościach związanych ze  zbyt dużymi różnicami kulturowymi. Nie zdziwiło mnie to, znam kilka par, które nie przetrwały próby czasu właśnie przez brak wspólnych korzeni. Znam również takie, które nie przetrwały pomimo ich posiadania, ale to już zupełnie inny temat. Wracając do toastu - matka panny młodej powiedziała, że przyznała się do miotających nią obaw ojcu pana młodego. Na co on odpowiedział jej jednym słowem: "amore". Tylko tyle i aż tyle. Słowo klucz, rozwiązujące wszystkie wątpliwości. To takie proste, najwyraźniej później sami stwarzamy problemy i piętrzymy je bezustannie, aż do granic wytrzymałości. Wniosek jak z tanich czytadeł romantycznych: miłość zwycięży wszystko! I tak powinno być, czemu odbierać sobie przyjemność szczęśliwego zakończenia? Nie do tego służą wesela. I tu wreszcie dotarłam do głównego tematu. Ślub i wesele. Oba bardzo interesujące.

Relaks w słońcu
Ceremonia zaślubin prowadzona była w trzech językach, ze względu na gości zaproszonych z różnych krańców Europy. Jeszcze nigdy nie obcowałam naraz z językiem włoskim, duńskim i angielskim, a samo zestawienie ich w jednym czasie było wręcz olśniewająco szokujące. Angielski brzmiał zwyczajnie i swojsko wręcz, śpiewny włoski sprawiał, że aż się chciało pogestykulować do rytmu, zaś duński w tym zestawieniu wydał mi się jednym z dziwniejszych języków świata. Mimo, że miałam już z nim wcześniej do czynienia, poprzez porównanie okazał się teraz jeszcze bardziej skomplikowany w odbiorze. Bulgoczący, gardłowy, troszkę bełkotliwy i co za tym idzie bardzo trudny do powtórzenia. Operacja gardła i krtani byłaby niezbędna, żebym mogła go opanować. Po tej, jakże oryginalnej, ceremonii przyszedł czas na wesele. Pojechaliśmy do pięknego gospodarstwa agroturystycznego zatopionego w  ogrodzie różanym i otoczonego polami truskawkowymi. Villa Belfiore znajduje się w pobliżu Ostellato, ale na obrzeżach miasteczka. Wszystko wyglądało wręcz bajkowo: urzekająca sceneria, odurzająco słodki zapach kwiatów, roześmiani ludzie, nawet ptak, który "oznaczył" jednego z gości (sic!) odebrany został jako znak przyszłego szczęścia. Podano włoskie przystawki, była bruschetta, ser mascarpone, sałatki, ravioli, tarty warzywne i serowe, słowem: pyszności. Przez chwilkę sądziłam, że to jedyne jedzenie, jakiego można oczekiwać. Postanowiłam więc skosztować wszystkiego po trochu. Po krótkim czasie okazało się, jak bardzo się myliłam...

Fragment ogrodu różanego

Ze względu na majową pogodę początkowo goście siedzieli na zewnątrz, w sadzie owocowym, gdzie mieli okazję poznać wszystkich zaproszonych. Później, już w sali, zaczęło się prawdziwie włosko-duńskie wesele. Można było zaobserwować dwa całkowicie odmienne podejścia do życia, zestawienie północy z południem - dosłownie i w przenośni. Wysocy, chłodni z urody blondyni, o jasnej cerze i błękitnych oczach, posługujący się gardłowym i gulgoczącym językiem po jednej stronie stołów, zaś naprzeciwko nich stosunkowo niscy, rozśpiewani bruneci o ciemnych oczach i skłonności do żelu oraz gestykulacji. Po środku weselnej walki żywiołów usadowieni zostali pozostali obcokrajowcy, w tym ja, starająca się czerpać z tego kulturowego zamieszania jak najwięcej się da. A przyznam, działo się dużo i głośno.  Człowiek-orkiestra z wystającym spod koszuli brzuszkiem stał za organami i laptopem puszczając linie melodyczne, obok niego kobieta śpiewała piosenki w klimacie Italo Disco, z których każda przypominała połączenie "Azurro" z "Felicita", co dawało zaskakująco lekki i przyjemny podkład muzyczny do rozmów. Na stołach królowały wina czerwone i białe, lokalnego wyrobu. Jednak ich dominacja nie pokonała duńskiej miłości do piwa, dzięki czemu z pobliskiej restauracji, w czasie krótszym niż można wymówić "øl", wykupiony został cały zapas jedynego dostępnego piwa o nazwie "Moretti". W międzyczasie kelnerzy uwijali się jak w ukropie. Co chwila przynoszono nowe dania, m.in. fantastyczne mięsa i sosy, nie zabrakło tagliatelle i ravioli ze szpinakiem. Po raz kolejny okazało się również, że posiadam całkowicie odrębny i niezależny żołądek ujawniający się podczas podawania deseru. Dzięki niemu zdołałam zmieścić jeszcze sałatkę owocową oraz ciężkie i wilgotne ciasto marchewkowe, które podane zostało w jedyny właściwy sposób, czyli z gałką lodów waniliowych. Kulinarną ucztę przerywało co chwila uderzanie sztućcami w talerze - duński odpowiednik naszego "gorzko! gorzko!", po którym następował karkołomny pocałunek nowożeńców. Zmuszeni byli wspiąć się na krzesła i balansując nad stołem pocałować się tak, by wszyscy ich widzieli. Z kolei stukanie knykciami w stół  obligowało ich do schowania się pod spód i, rzecz jasna, pocałunku. Oba duńskie zwyczaje bardzo szybko zostały podchwycone przez Włochów i w ten sposób w ramach prezentu ślubnego para młoda została obdarowana wyczerpującym treningiem kardio. Co się zaś tyczy włoskich zwyczajów weselnych, to bardzo przestrzegany był jeden z nich, polegający na tym, że podczas nieobecności pana młodego wszyscy obecni na sali mężczyźni rzucali się obcałowywać pannę młodą, natomiast w sytuacji gdy to panna młoda opuszczała towarzystwo, wszystkie kobiety biegły czym prędzej zrobić to samo z panem młodym. Wszyscy. Za każdym razem. Bez wyjątku. Nie odbyły się typowe u nas oczepiny, ale dość krępujące i lekko upokarzające zabawy również miały miejsce. Jedną z takich zabaw były zawody toczone między żoną a matką o tytuł najszybszej w ubieraniu pana młodego w pieluchę. Ponoć z włoską mammą nikt się nie może równać, ale tym razem ustąpiła ona pola synowej. Pewnie odetchnęła z ulgą, że opieka nad jej synem została przekazana w odpowiednie, sprawne ręce. Bawiono się również w strzelanie do pana młodego z pistoletów wodnych, podłączono go do piwnej kroplówki, obcięto krawat oraz końcówki skarpetek (duński zwyczaj), a na sam koniec podrzucano go pod sam sufit sali. Wiele musiał znieść, biedaczek, ale nie wyglądał na zbyt zmartwionego. Wesele skończyło się zaskakująco szybko, ze względu na pozostałych gości hotelu,  ale nie pozostawiło po sobie niedosytu. Całe szczęście, że nie trzeba było szukać noclegu w pobliskim Ostellato, wystarczyło wspiąć się po schodach do pokoju, zdjąć szpilki i beztrosko wtulić się w poduszkę. Następnego dnia czekało na mnie śniadanie: świeże pieczywo, prosciutto, herbata i truskawki. Tyle truskawek, ile tylko można sobie wymarzyć.

1 komentarz:

  1. Widoczki pierwsza klasa! Ciekawe dokąd teraz zaprowadzą nas rysie tropy :-)

    OdpowiedzUsuń