poniedziałek, 2 czerwca 2014

Dublin i Glendalough

Irlandzka flaga na typowo irlandzkim niebie
Dublin przywitał nas deszczem. Podczas lądowania samolot przebijał się przez kolejne warstwy chmur, a świat stawał się coraz bardziej szary, mokry i ciemny. Jednak nie była to moja pierwsza wizyta w Irlandii i nie pierwsze zetknięcie z wyspiarską pogodą, więc nie dałam się zwieść.  Wiedziałam, że majowe 14°C to zupełnie inne 14°C niż jeszcze miesiąc wcześniej. Toż to już prawie letnia temperatura! Wszystko jest wtedy "prawie": powietrze jest prawie przyjemne, wiatr jest prawie ciepły, deszczu prawie nie ma, a słońce prawie świeci.
Irlandia znajduje się w stanie permanentnej ambiwalencji, zawsze niezdecydowana, bezustannie zmienna, ale jednocześnie przewidywalna w swojej nieobliczalności. Nieważne, jaka pogoda panuje za oknem, wystarczy 20 minut i wszystko może się diametralnie zmienić. Dlatego należy być przygotowanym na wszelkie ewentualności i nie przejmować się niczym, a w szczególności nie zaprzątać sobie głowy takimi drobnostkami jak warunki atmosferyczne. Uzbrojeni w powyższą wiedzę i bez niepotrzebnego rozważania za i przeciw, podjęliśmy męską decyzję o wyruszeniu w góry Wicklow. Miał to być nasz weekendowy wypad poza miasto, odskocznia od zgiełku i próba zasmakowania Irlandii od strony natury. Nadal tkwiłam w przekonaniu, że "Irlandia podobno jest taka zielona jak włosy syreny o świcie". Jak do tej pory nie dane mi było tego zweryfikować, skupiałam się na Dublinie. Udało mi się go zwiedzić dogłębnie i systematycznie, teraz już tylko czasami zdarza mi się w nim zagubić. Widziałam katedrę św. Patryka, Trinity College i wspaniałą bibliotekę. Ta ostatnia jest miejscem ekstazy dla każdego mola książkowego, spełnieniem marzeń bibliofila i źródłem rozkoszy wizualno-estetycznej. Te regały wypełnione książkami, rzędy, piętra książek, szerokie ławy, ciche zakątki do przycupnięcia i kontemplowania literatury pięknej... aż się człowiekowi robi miękko na duszy. Jak wspaniale ujrzeć tak miłą dla oka odskocznię od paskudnego nowego budynku wrocławskiej biblioteki uniwersyteckiej. Brrr, aż wstrząsnęły mną dreszcze...



Katedra św. Patryka
Biblioteka Trinity College
Wracając do tematu. Podczas moich wizyt w Dublinie spacerowałam po portowej dzielnicy, obejrzałam tamtejszy zamek, udało mi się zajrzeć do Temple Bar, czyli najstarszego i najlepiej rozpoznawalnego pubu w stolicy, połaziłam również z lokalnym "przewodnikiem" po pubach w okolicy Grafton Street, odwiedziłam Najmniejsze Muzeum Świata, gdzie jedną z licznych atrakcji był płatek kukurydziany w kształcie Irlandii i odpoczywałam w pięknie utrzymanych parkach. Darowałam sobie natomiast Guinness Storehouse, jako że jakoś nie przemawia do mnie ani to piwo, ani nie fascynuje mnie sposób jego produkcji. Z całego serca polecam Hairy Lemon przy Stephen Street, dają tam bardzo dobre jedzenie, mają spory wybór różnych rodzajów piwa i jeden z lepszych deserów jakie dane mi było spróbować. Guinness Dessert wygląda jak małe piwo z tą różnicą, że jest przepyszny. Biała pianka na górze przypomina trochę ptasie mleczko, poniżej cała szklanka czekoladowego musu, a na dnie pokruszone ciastka oblane karmelem. Całość udekorowana truskawką i listkami mięty. Dosłownie rozpływa się w ustach. Niewątpliwym atutem tego miejsca jest obsługa - wszyscy są bardzo przyjaźni, gadatliwi i kompetentni.

Pub Hairy Lemon
Brzeg rzeki Liffey
Zamek w Dublinie
Grafton Street
St Stephen's Green
 Kolejnym miejscem wartym polecenia jest pub The Duke przy Duke Street. Oferuje olbrzymi wybór piw, samo podjęcie decyzji, które z nich wybrać, może zająć sporo czasu. Ja miałam to szczęście, że pracujący w tym czasie barman bardzo chciał mnie przekonać o wyższości irlandzkiego browarnictwa i zaoferował mi degustację prawie wszystkich dostępnych rodzajów złotego trunku. Mówi się, że od nadmiaru głowa nie boli, ale na pewno może się od niego zakręcić w głowie.
Wnętrze The Duke wraz z tym, co jest w nim najlepsze

Dublin zwiedziłam dokładnie, wreszcie jednak nadszedł czas na wyprawę poza miasto. Nie mieliśmy zbyt wiele czasu, bo jedynie skrócony weekend, zdecydowaliśmy się zatem na góry Wicklow z bazą wypadową w postaci Glendalough. Dojazd z centrum miasta jest banalnie prosty, wystarczy wsiąść w St. Kevin's Bus, który ma przystanek na Dawson Street (koszt 20€ w obie strony). To bezpośrednie i najszybsze połączenie, wysiada się przy centrum informacji turystycznej i można od razu śmiało iść na szlak. Tras jest kilka do wyboru, zaczynając od tych najłatwiejszych, a kończąc na wymagających i czasochłonnych. My wybraliśmy biały szlak o nazwie Spinc and Glenealo Valley, jeden z trudniejszych, ale zapewniających wspaniałe widoki i dużo ruchu. 
Okrągła wieża w Glendalough
Cmentarz i kościół św. Kevina
Wędrówkę rozpoczęliśmy od zwiedzenia cmentarza, starego kościoła św. Kevina i okrągłej wieży z IX w. n.e. Kamienne budowle wyrastające z traw i mchu przywodzą na myśl baśnie braci Grimm. Mam na myśli te oryginalne, brutalne i krwawe, wypełnione nie do końca szczęśliwymi zakończeniami. Spoglądając z dołu na szczyt wieży odniosłam wrażenie, że właśnie tak musiało wyglądać więzienie Roszpunki, a gdzieś niedaleko musi się czaić potężna i zła czarownica. Na szczęście nic złego nas nie spotkało, więc ruszyliśmy dalej, mijając Jezioro Dolne i docierając do Jeziora Górnego. Obeszliśmy je od prawej strony. U jego szczytu, w miejscu gdzie znajduje się ujście rzeki, ujrzeliśmy opuszczoną osadę górniczą i kopalnię ołowiu. Bardzo malownicze miejsce, choć aby odnaleźć ciąg dalszy szlaku musieliśmy przeprawić się przez szerokie rozlewisko wspomnianego potoku.
Górne Jezioro
Ujście rzeki, w dole opuszczona osada górnicza

Dalej było już tylko pod górkę. Wspinaczka w początkowej fazie była dość wymagająca, po kamienistej drodze i pośród skał. Później, po przekroczeniu kładki nad rzeką, droga nadal pięła się ku górze, jednak była łatwa do pokonania dzięki ułożonym na ziemi drewnianym balom. Kiedy dotarliśmy na szczyt, otoczyła nas wilgotnym objęciem szaro-biała chmura. Widoczność natychmiast spadła prawie do zera, ledwo zauważyliśmy przebiegające naszą drogę jelenie. Jednak wystarczyło zejść trochę niżej i naszym oczom ukazał się wspaniały widok na całą dolinę. Wszystko było widać jak na dłoni, oba jeziora, rzekę i szczyty w chmurach. Taras widokowy umieszczony w odpowiednim miejscu pozwolił nam pokontemplować przez chwilę piękno krajobrazu i złapać oddech po wyczerpującym marszu. Czekały na nas jeszcze setki schodów biegnących pośród mglistego lasu, które zaprowadziły nas do wodospadu Poulanass i dalej do ciepłej i kojącej herbaty w hotelu przy punkcie zbiórki. W sumie przeszliśmy około 12 kilometrów, czasami rozkoszując się słońcem, momentami moknąc w deszczu, kiedy indziej osłaniając się od wiatru. A słowa piosenki okazały się być prawdziwe, Irlandia naprawdę jest bardzo zielona!
Panorama ze szczytu góry
Schody we mgle
Wodospad Paulanass

1 komentarz:

  1. eh, zazdraszczam... ja ostatnio mało podróżuję, a może to liczba miejsce które chciałabym zobaczyć rośnie? ;)

    OdpowiedzUsuń