środa, 17 września 2014

Amerykańskie piwa

Podróże kształcą. Wyświechtana to prawda, niemniej jednak prawda. Wyjazd do Stanów pozwolił mi zweryfikować, między innymi, moje mało przychylne opinie dotyczące amerykańskich piw. Sądziłam, o zgrozo!, że pije się tam jedynie Budweisery, Bud Lighty, Coorsy lub ewentualnie Corony. Jakoś całkiem nieświadomie wzięłam za pewnik, że nie będzie mi dane skosztować dobrego piwa w Stanach. W jakim wielkim byłam błędzie! Pomyliłam się tak bardzo, że aż mi wstyd.


Moja pierwsza styczność z piwnym bogactwem Stanów miała miejsce w West Yellowstone, a konkretnie w Slippery Otter Pub. Wyobraźcie to sobie: spędziliście cały dzień na szlaku, przejechaliście dobrych kilkadziesiąt kilometrów samochodem, jesteście głodni i spragnieni, a zmęczenie daje się już Wam poważnie we znaki. I właśnie wtedy wchodzicie do pubu, a Waszym oczom ukazuje się taki oto widok.


Ściana pełna nalewaków, kryjących w sobie lokalne i sezonowe piwa. Rozkosz dla oczu zapowiadająca to samo uczucie dla kubków smakowych. Bardzo przyjemna perspektywa, nieprawdaż? Ze względu na ograniczający mnie czas spróbowałam zaledwie kilku z nich, ale i to wystarczyło, by obalić wszystkie moje uprzedzenia. Oprócz wielkich piwnych koncernów produkujących trunki słabe, zarówno pod względem liczby procentów jak i smaku, spotkać można mnóstwo lokalnych, niewielkich producentów. Stany są królestwem minibrowarów. Możliwe, że jest tak ze względu na tradycję browarnictwa, choć równie prawdopodobną przyczyną są restrykcyjne przepisy, zabraniające sprzedaży piwa poza stan, w którym zostało ono wyprodukowane. I w ten sposób minibrowary pozostają minibrowarami.
Bogactwo smaków dostępne jest w każdym pubie. IPA, Portery, pszeniczne, Pilsnery, z dodatkami owocowymi, miodowe, PALE ALE, belgijskie, Lambic... ogólnie wybór ALE i Lagerów jest ogromny i może przyprawić o zawrót głowy. A wszystko to na wyciągnięcie ręki.

Nalewaki w Beer House Chicago

Jedne z ciekawszych miejsc, gdzie mogłam popróbować nowych piw to Beaver Street Brewery oraz Beer House Chicago. Właściciele tego drugiego postanowili stworzyć lokal specjalizujący się tylko w jednym produkcie. Sprzedają jedynie złote trunki. Pozwalają jednak wnosić własne jedzenie lub zamawiać je do stolika z innych knajp, a nawet mają umowę z okolicznymi restauracjami, dzięki której dostawa jest za darmo. Całe menu wypełnione jest nazwami piw i zabawnymi opisami ich smaków. Wartymi wzmianki są np. Fatty Boombalatty, Yorktown Stumbler, Vice District Pleasure Trip, Temperance Melons, czy Begyle Blonde Ale. A to jedynie ułamek procenta tego, co ma w swojej ofercie Beer House Chicago. Uśmiecham się na samo wspomnienie. Żeby skorzystać z bogactwa gatunków i rodzajów, warto zamawiać mniejsze porcje, czyli tzw. American 5 oz. To niecałe 150 ml, a konkretnie 148 ml, jak podaje Google.
Próbki wytworów z Flagstaff, z browaru Beaver Street.
Mniej więcej takiej pojemności szklaneczki rozdawane były przy wejściu na Great Taste Of The Midwest, czyli imprezie piwnej organizowanej w parku Olin, w Madison. Skoro jestem już przy liczbach: wyobraźcie sobie 160 browarów oferujących 1000 piw dla sześciotysięcznego tłumu. Za cenę biletu można było spróbować wyrobów pochodzących z terenu Wisconsin i posłuchać ciekawej muzyki (ach, ten bluegrass). Na terenie parku postawione zostały miejsca, gdzie można się było napić wody, a także ławki, dla zmęczonych... słońcem. Jedenaście wielkich namiotów skrywało w swoim cieniu różne rodzaje piw, a dodatkowe mniejsze stoiska oferowały jedzenie. Spałaszowanie pizzy i cudownie ciągnących się paluszków serowych niejednemu uratowało życie, jestem tego pewna. Impreza trwała równe sześć godzin. Bardziej doświadczeni, coroczni bywalcy mieli ustalony plan działania. Po pierwsze, wyposażeni byli w naszyjniki z precelków, dzięki którym piwo tak szybko nie uderzało do głowy. Co jakiś czas dało się również usłyszeć dzwonek, oznajmiający rozpoczęcie fazy "woda", a dzięki otrzymanej mapce terenu oraz folderowi opisującemu dostępne piwa i położenie konkretnych namiotów, łatwo było wykorzystać cały potencjał tego festiwalu. A jeśli jakieś piwo okazało się niesmaczne, wystarczyło wylać zawartość na trawę i udać się po lepsze.

Morze ludzi i namiotów na terenie parku.

Widok na jezioro.

Bluegrassowa kapela...

... i jej konkurencja.

Niektórzy przyszli z własnymi krzesełkami.

Inni zadowolili się ławeczkami.


Z chęcią wybrałabym się na Great Taste of The Midwest w przyszłym roku, to było fantastyczne przeżycie. Ludzie byli bardzo pozytywnie nastawieni, obyło się bez rozrób i przepychanek, a widok na jezioro był przepiękny. Ale przede wszystkim z chęcią skosztowałabym ponownie tych wszystkich piw lub raczej spróbowałabym zupełnie nowych. Zdecydowanie polecam taką wyprawę każdemu!
Jeśli zatem będziecie chcieli napić się ciekawych piw i będziecie akurat w USA, to nie zastanawiajcie się dwa razy. Czekają Was niezwykłe doznania, których długo nie zapomnicie. I nie dajcie się zwieść obiegowym opiniom o jakości tamtejszych browarów. Są naprawdę fantastyczne.

Folder zawierający opisy wszystkich piw i browarów z festiwalu.

A tu jego grubość, z odpowiedniej perspektywy.

2 komentarze:

  1. Dobre piwko, piękny widoczek na jeziorko i bluegrassowe dźwięki na żywo - to się nazywa klimat!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ba! Klimat najwspanialszy ze wspaniałych! A od bluegrassu nie mogę się uwolnić od tamtego czasu, szkoda jedynie, że odsłuchuję z YouTube'a. Cóż, lepsze to niż nic :)

      Usuń