wtorek, 23 września 2014

Dzikie zwierzęta w USA



To niesamowite, jak blisko człowieka potrafią być dzikie zwierzęta w Stanach. Zwłaszcza, jeśli jeździ się po parkach narodowych i nie trzyma często uczęszczanych szlaków. Poniżej znajdziecie sporo przykładów na poparcie tego twierdzenia. Najpierw jednak parę słów wyjaśnień. Po pierwsze, niektóre ze zdjęć przedstawiają miejsca, których jeszcze nie opisałam, więc potraktujcie je jako przedsmak tego, co Was czeka w kolejnych wpisach. Po drugie, nie jestem, niestety, specjalistą od biologii, stąd mogą się pojawić nieścisłości i różnego rodzaju uogólnienia w nazewnictwie. Jeśli ktokolwiek będzie wiedział nieco więcej o zwierzakach ze zdjęć, to niech śmiało podzieli się swoją wiedzą w komentarzach.
To by było na tyle wstępu. Przed wami opisy wrażeń towarzyszących uwiecznianiu poniższych chwil.


Jaszczurka z Bryce Canyon
Ta jaszczurka to pierwsze "dzikie zwierzę" jakie zobaczyłam w Stanach. Należy jej się zatem zaszczytne miejsce w mojej kolekcji zdjęć. Była niewielkich rozmiarów, ale za to cechowała ją zwinność i szybkość. Bardzo trudno było ją uchwycić w bezruchu tak, by się nie rozmazała na fotografii. Udało mi się to jedynie dzięki skwarowi i zmęczeniu, które dopadły mnie po zmierzeniu się z Kanionem Bryce'a. Sytuacja wyglądała mniej więcej tak: przycupnęłam sobie bez ruchu w cieniu, by odzyskać energię po wyczerpującym marszu, gdy tuż obok mnie pojawiła się ona. Chyba potraktowała mnie jak nieruchomą humanoidalną skałę, bo zajęła się własnymi sprawami, polegającymi na łapaniu owadów. Przez dobrych parę minut robiłam jej zdjęcia, jednak wszystkie wyszły niewyraźnie, ze względu na jej ruchliwość. Lecz w końcu i ona na chwilę przystanęła. Efekt możecie zobaczyć powyżej. 

Ptak drapieżny z Bryce Canyon (orzeł?)
Kolejnym zwierzęciem z Bryce Canyon jest ten majestatyczny ptak. Podejrzewam, że to orzeł, ale ornitologiem również nie jestem wybitnym, więc pewności nie mam. Ponad kanionem szybowały dwa takie okazy, miały gniazdo na osamotnionym drzewie, u szczytu ściany kanionu. Co chwilę wzbijały się w niebo, robiły parę kółek wypatrując zdobyczy i lądowały na gałęziach, by dać odpocząć skrzydłom. Przyjemnie było na nie popatrzeć.

Suseł albo piesek preriowy z Yellowstone. Widać, że korzystał z urodzajnego lata.
Powyższe zdjęcie rozpoczyna serię z Yellowstone. Bogactwo zwierzyny było tam ogromne, różne gatunki to pojawiały się wśród lasów, to niknęły w gęstej trawie. Jednak aparat zawsze był w pogotowiu, więc udało się uchwycić sporą, różnorodną gromadkę. Na pierwszym postoju na terenie parku zeszłam w stronę rzeki, żeby podziwiać nowe krajobrazy. Kątem oka wychwyciłam ruch i od razu włączyłam aparat. Z norki ukrytej pod pniem drzewa wychynął taki oto cudak. Obstawiam, że był to piesek preriowy, albo suseł, nigdy nie potrafiłam ich rozróżnić. Musiał już zgromadzić sporo pokarmu, bo był mocno otłuszczony, ale pomimo swej tuszy poruszał się bardzo zwinnie, nieustannie wypatrując zagrożenia. Przez chwilkę wygrzewał się na słońcu, by w mgnieniu oka znaleźć się z powrotem w swoich tunelach, kołysząc swoim niewielkim ogonkiem.

Chip? Dale? Chipmunk! Prosto z Yellowstone
Chi Chi Chi Chip i Dale, pomoc niosą, Chi Chi Chi Chip i Dale, dniem i nocą... Brygada RR, czyli Rescue Rangers w połowie składu. Powyższy egzemplarz krył się wśród różnokolorowych sadzawek i nie straszny mu był zapach siarki, wysoka temperatura, ani nawet groźba ugotowania. Odważny malec. Podjadał sobie jagody z krzaczka i był tym zajęciem tak zaabsorbowany, że nie zwrócił najmniejszej uwagi na to, że jakiś człowiek go fotografuje. Ale i tak mimowolnie zapozował jak urodzony model.

Ten jeleń usiłował się ukryć, ale i tak został wypatrzony (Yellowstone)
O bizonach już pisałam, nawet sporo, teraz nadszedł czas na jelenie. Było ich w Yellowstone mnóstwo. Można było zaobserwować całe stada oraz samotne pojedyncze osobniki. Te silne i duże zwierzęta były nie lada wyzwaniem dla fotografa - amatora, jakim jestem. Pechowo dla mnie, zwykle ustawiały się zadem do aparatu i za nic w świecie nie chciały wystawić łba znad gęstej i wysokiej trawy. Ale miało to też swoje zalety, bo były tak pochłonięte pokarmem, że w zasadzie w ogóle nie zwracały na mnie uwagi i pozwalały do siebie podejść na niewielką odległość. Z wielkimi porożami wyglądały doprawdy majestatycznie. I choć jeleń na rykowisku zwykł się kojarzyć ze szczytem kiczu, to w wersji na żywo tracił tę cechę na rzecz naturalnego piękna. 
Piękne poroża jeleni wapiti stały się znakiem rozpoznawczym miasteczka Jackson Hole, leżącego kilkadziesiąt kilometrów od granic Yellowstone, tuż przy Grand Teton NP. Stworzono tam rezerwat tych pięknych zwierząt, by mogły spokojnie przeczekać zimę. Z kolei one,najwyraźniej w ramach podziękowania, pozostawiają po sobie setki poroży, które następnie wykorzystywane są przez mieszkańców tego zimowego kurortu jako przeróżnej formy ozdoby. Ale o tym szerzej w kolejnym wpisie na bloga.

Stado pasących się jeleni wapiti (Yellowstone)

Kolejny jeleń z Yellowstone


Tym razem łoś z Yellowstone
Tego uroczego ptaszka wypatrzyłam na ukwieconych łąkach Yellowstone dzięki jego cudownemu świergoleniu. Być może wygląda on niepozornie, ale rekompensuje to sobie cudownym śpiewem. Zaczęłam go wypatrywać, kiedy tylko wydał z siebie pierwszy dźwięk. Po przetarciu oczu i nawilżeniu soczewek, w końcu udało mi się go dojrzeć. Przycupnął na gałęzi jakiegoś krzaczka i radośnie świergotał, jakby zupełnie się nie bał krążących wysoko drapieżnych ptaków. Przysłuchiwałam mu się, dopóki nie odleciał. Urzekający koncert niepozornego solisty trwał, jak na mój gust, zdecydowanie za krótko.

Uroczy ptak, niestety ornitolog jest ze mnie kiepski (Yellowstone)
W tym momencie wkraczacie na tereny jeszcze przeze mnie nie opisane. Poniżej zdjęcie królika z Arches National Park, gdzie ziemia jest czerwona, a słońce niemiłosierne. W chwili kryzysu na szlaku, odwodniona i zapewne z udarem słonecznym, poszłam w ślady tego futrzaka i sama skryłam się pod rachitycznym krzakiem z nadzieją, że słabość minie, a organizm choć trochę się ochłodzi. Na całe szczęście, tak też się stało. Kryzys minął, a ja zdołałam dotrzeć do wodopoju i wlać w siebie jednym łykiem litr wody. Mam nadzieję, że temu króliczkowi też było dane przetrwać.

Chroniący się w cieniu królik (Arches National Park)
Tuzigoot obfitowało w jaszczurki. Na tych pozostałościach trzynastowiecznego pueblo spotkałam ich kilka, w tym poniższy pokraczny egzemplarz. Poruszał się jak błyskawica, z prawej na lewą, z lewej na prawą, szybko jak strzała. Jednak wystarczyło postać nieruchomo w prażącym słońcu, by uznał, że niebezpieczeństwo minęło i powrócił do wygrzewania się na rozgrzanych do czerwoności kamieniach dawnych zabudowań. Kiedy się poruszał, wyobrażałam sobie statek pośród zburzonego morza, a na jego pokładzie piratów, walczących o ustanie na pokładzie, któremu daleko do utrzymania stałego poziomu. Ta jaszczurka to pirat pustyni, nie dajcie się zwieść jej dziwnemu wyglądowi.

Jaszczurka, ujęcie 1. (Tuzigoot)

Jaszczurka, ujęcie 2. (Tuzigoot)
Kolejna jaszczurka, albo raczej jaszczur sądząc po wielkości, usadowił się na szczycie najwyższego budynku osady Tuzigoot. Trzeba przyznać, że była to nie tylko najbardziej leniwa jaszczurka, na jaką się natknęłam, ale również największa. Z wyglądu przypominała smoka, jej duże złote łuski lśniły w słońcu, więc takie skojarzenie było jak najbardziej na miejscu. Wokół niej krążyły latające mrówki giganty, wielkością pasowały do opuszka palca. Akurat trafiłam na sezon godowy tych owadów, więc było ich wszędzie pełno. Istna uczta dla wygłodniałego organizmu, a przynajmniej tak by się mogło wydawać. Nie sprawiało to jednak na poniższej jaszczurce żadnego wrażenia. Jeśli już raczyła którąś z mrówek zjeść, to tylko dlatego, że nieszczęsna wylądowała tuż przy jej pysku.

Jaszczurka wielkości przedramienia i latające mrówki giganty (Tuzigoot). 
Painted Desert, znajdująca się na terenie Petrified Forrest NP, to jeden z obszarów określanych mianem Badlands. Poprzecinana głębokimi wąwozami ziemia jest pozbawiona wszelkiej roślinności, a jedyna woda, jaką czasami można tam spotkać, występuje pod postacią powodzi błyskawicznych. Bardzo nieprzyjazne życiu środowisko sprawiło, że jedyne pojawiające się tam zwierzęta, to ptaki. Mnie udało się sfotografować pięknego kruka na tle niebieskiej części Malowanej Pustyni. Prawda, że piękny?

Kruk w Painted Desert
Tutaj z kolei przedstawiam Wam najbardziej uroczą wiewiórkę Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej. Konkurs wygrała bezapelacyjnie, zresztą sami oceńcie tę sesję zdjęciową. Prawdziwa modelka. Oswojona z ludźmi, bo przecież turystów w Wielkim Kanionie jest wielu, a gros z nich nosi ze sobą mnóstwo jedzenia, którym chętnie się dzieli z otoczeniem. Mniej lub bardziej świadomie dokarmiają zwierzęta, a te z czasem pozwalają sobie na coraz większe zuchwalstwa. Właśnie dlatego wszystkie kosze na śmieci na terenie Parków Narodowych mają specjalny mechanizm zamykający, który zwykle może pokonać jedynie człowiek.

Wiewiórka, ujęcie 1. (Grand Canyon)

Wiewiórka, ujęcie 2. (Grand Canyon)

Wiewiórka, ujęcie 3. (Grand Canyon)
Scenka rodzajowa: stoję nad krawędzią Wielkiego Kanionu, podziwiam widoki i daję odpocząć stopom. Wpatrzona w ten niezwykły krajobraz nie zwróciłam uwagi na dziwny, niepokojący dźwięk, którego źródło szybko zbliżało się w moją stronę. Praktycznie tuż nad moją głową, z szumem lotek przeleciał olbrzymi kondor, prawie dwa razy większy ode mnie. Mogłam nawet poczuć na twarzy pęd powietrza jaki wytworzył. Nie muszę dodawać, że poziom adrenaliny w moim organizmie gwałtownie podskoczył, na co reakcją był nerwowy chichot. Przypatrujący się wszystkiemu z boku turysta powiedział krótko i na temat: "That was close". Później dowiedziałam się, że wszystkie kondory z tego rejonu są ponumerowane i opisane, a ich życie można śledzić na stronie internetowej Parku. Mój miał numer 30 pod skrzydłem. Rozpiętość jego skrzydeł dochodziła do trzech metrów, ale to tylko z tego względu, że był jeszcze młody. Upiekło  mi się.

Kondor, rozpiętość skrzydeł 3 m (Grand Canyon)
Na koniec parka zwierzaków z Illinois: suseł z Rockford i wiewiórka z samego centrum Chicago. Ten pierwszy pojawił się w idealnym momencie, akurat w tamtą stronę miałam wycelowany aparat i udało mi się go uwiecznić tuż przed tym, jak zniknął w norce. Potem się już nie pojawił, ale zdjęcie zostało. Z kolei wielkomiejska wiewiórka miała wszystko i wszystkich w nosie, zajęta swoim orzeszkiem. Przestraszył ją dopiero rachityczny pies, Chihuahua, szczekający na nią jak opętany z bezpiecznej odległości. Zabawna scenka, na pożegnanie mojej wielkiej amerykańskiej przygody. Dobrze, że zostało mi jeszcze sporo do opisania, będę mogła dłużej cieszyć się tym wyjazdem. Do przeczytania zatem!

Suseł (?) z Rockford
Chicagowska wiewiórka

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz