wtorek, 14 października 2014

Arches National Park

Dzisiaj zajmę się pięknym i niebezpiecznym miejscem, gdzie słońce jest bezwzględne, woda istnieje jedynie w błotnistych kałużach, a cień to fatamorgana. Przygotujcie się na Arches National Park. Swoją nazwę zawdzięcza olbrzymim łukom skalnym, rozsianym na dużym obszarze skalistej pustyni. Jedyną roślinnością, jaka tam występuje, są rachityczne krzaki o ostrych liściach i niskich pniach. Nie oferują one ucieczki od upału, ale dają wystarczającą osłonę przed słońcem, by przetrwać. Arches było jedynym miejscem w Stanach, które prawie mnie pokonało. Ale nie uprzedzajmy faktów.

Wszystko zaczęło się banalnie - od niezjedzonego śniadania. Kupione w biegu batoniki nie wystarczyły, nawet w niewielkim stopniu, by zaspokoić zapotrzebowanie energetyczne niezbędne do pokonania najdłuższej możliwej pieszej trasy (jakże bym mogła wybrać inną). Już sama nazwa trasy powinna była dać mi do myślenia, ale byłam zbyt pewna siebie, by dostrzec zagrożenie Diabelskiego Ogrodu. Szlak był wymagający, prowadził skalnymi grzbietami i prawie pionowymi ścianami, po których trzeba się było wspinać lub ześlizgiwać, licząc na siłę mięśni i łut szczęścia. W innych warunkach byłabym zachwycona, jednak prażące z góry słońce, rozgrzane kamienie u stóp  i żołądek przyssany do kręgosłupa okazały się być czynnikami silniejszymi od radości ze wspinaczki. Ależ tam było gorąco! 93°F czyli 34°C, temperatura zabójcza, zwłaszcza przy intensywnym wysiłku fizycznym. Wody tym razem wzięłam większą ilość, ale i tak okazała się ona niewystarczająca, poza tym wlewanie jej w siebie do prawie pustego brzucha było bardzo kiepskim pomysłem. Próbowałam sięgnąć pamięcią wstecz i przywołać wspomnienie porównywalnego głodu, jednak nie udało mi się. Po całym dniu wędrówki to nie było już irytujące ssanie w żołądku, to było coś znacznie gorszego. Podejrzewam, że dodatkowo nabawiłam się lekkiego udaru słonecznego i odwodnienia, aż w końcu usiadłam sobie pod krzaczkiem i czekałam, aż mi przybędzie sił. Później okazało się, że jestem już bardzo blisko końca trasy, jednak wtedy byłam tego nieświadoma. Zmusiłam się do ruchu siłą woli i bardzo mnie to podbudowało. Ha! Mam w sobie ducha wojownika! Po krótkiej regeneracji i automotywowaniu ruszyłam jak koń do wodopoju. W całym Diabelskim Ogrodzie nie było ani jednego źródełka, dopiero przy parkingu znajdowały się kraniki z wodą. Bez przełykania wlałam w siebie litr wody i dopiero wtedy poczułam się lepiej. Cóż, ten stan nie trwał długo, chwilę później głód przystąpił do zmasowanego ataku i nie potrafiłam myśleć o niczym innym jak o jedzeniu. Kiedy wreszcie coś zjadłam, wszystko wróciło do normy, a ja bardzo klarownie uświadomiłam sobie, że zyskałam nową wiedzę dotyczącą własnego charakteru. Dobrze jest czasami narazić się na ekstrema. Człowiek zostaje wtedy sam na sam ze sobą i w jaskrawym świetle widzi, jaki jest naprawdę. Chociaż, może być również i tak, że to, co widzi jest urojeniem odwodnionego i bliskiego udarowi mózgu. Zdecydowanie wolę pierwszą opcję.

Jeden z pierwszych łuków, jakie zobaczyłam w Arches NP

Wracając do samego Arches i jego specyfiki: Diabelski Ogród to szlak dla wytrwałych, jednak widoki rekompensują trud i zmęczenie. Skalne łuki są piękne, każdy trochę podobny i jakby zupełnie inny. Jeden z nich był podwójny, wyglądający z dołu jak ósemka. Można się było na niego wspiąć, choć zrobienie tego nie było rozsądne. Niektóre z łuków zdążyły się już zapaść, zasypując biegnące pod nimi szlaki turystyczne. Żadnych ofiar nie było, nie mniej jednak chodzenie po mocno zerodowanej i podatnej na zniszczenie skale nie jest przejawem zbytniej inteligencji. Szaleńcy lub (jak kto woli) odważni się jednak znaleźli, możecie ich wypatrzeć na jednym ze zdjęć. Cudowny to duet - piękne widoki i dreszczyk niebezpieczeństwa, dlatego niektórzy postanowili porzucić zdrowy rozsądek i zachłysnąć się przygodą. Trasy są ogólnie dość dobrze oznaczone, ale czasami można się zgubić, zwłaszcza jeśli podąży się korytem wyschniętego strumienia, który przypomina coś na wzór szlaku. W rozwidleniach ustawione są piramidy z kamieni, które ułatwiają poruszanie. W porównaniu z innymi Parkami Narodowymi, Arches jest całkiem dziki. Nie ma tu pomostów, lin asekuracyjnych, ubitych dróg. Infrastruktura kończy się na parkingu. A skoro już piszę o infrastrukturze, to muszę wspomnieć, że poza szlakiem pieszym istnieje również trasa samochodowa, pozwalająca zobaczyć samotne formacje skalne i niektóre z łuków, bez narażania się na wytężony ruch. Opisy niektórych miejsc na mapie sugerowały, o jakiej porze najlepiej jest robić zdjęcia. Były punkty z "Oknami" i "Łukami" najlepiej wyglądającymi o wschodzie słońca i inne, najpiękniejsze o zachodzie, a przy każdym z nich parking. Zaczęłam już do tego przywykać. Wszystko ma być dla ludzi! To niby takie oczywiste, ale jednak rzadko spotykane poza Stanami.

Prosto z Arches NP ruszyliśmy na tereny rezerwatu Navajo, drogą wiodącą wprost do Monument Valley. Ale o tym szerzej w kolejnym wpisie, który pojawi się już niedługo.

Muszę trochę usprawiedliwić moją długą nieobecność na blogu. Byłam zajęta tworzeniem nowej strony internetowej, mojej własnej tym razem, która dotyczy jednocześnie nowego i starego biznesu, mianowicie copywritingu. Jeśli chcecie zobaczyć, czym się zajmuję, to kliknijcie tutaj. Wszystko stanie się jasne. Jeśli będziecie kiedyś potrzebowali tekstów, obojętnie jakiego rodzaju, piszcie śmiało.

Samotne, zerodowane skały na terenie Arches NP.

Jedna ze skał w przybliżeniu.



Panorama Arches NP.


Gorąco!

Jedna z nielicznych płaskich części Diabelskiego Ogrodu. GORĄCO!

Szlak prowadził grzbietem skały po prawej.

Double O i zdobywcy na wyższym z łuków.

High five!

Najbardziej oblegany i najłatwiejszy do zobaczenia łuk. Eye in the sky.

2 komentarze:

  1. Niebieski i pomarańczowy pięknie że sobą współgrają, a z Twoich zdjęć aż bije ciepło. Prawie poczułam skwar o którym piszesz. ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To dobrze, takim efekt miałam zamiar osiągnąć :) dziękuję.

      Usuń