poniedziałek, 27 października 2014

Arizona

Gdyby ktoś mnie spytał, z czym kojarzy mi się Arizona, odparłabym bez wahania, że z upałem.  Wyobraźcie to sobie: powietrze rozgrzane do granic wytrzymałości, wyjście poza klimatyzowane pomieszczenie grozi uduszeniem, a chłód nie przychodzi nawet nocą. Im bardziej w dół mapy się jedzie, tym jest goręcej. A później to już Meksyk, dosłownie i w przenośni.  Najciekawiej będzie opisać Arizonę poprzez stopniowanie temperatury i tak też zrobię. Od najmniej gorącego miasta, do najbardziej upalnego. Zaczynamy!
Na pierwszej pozycji znajduje się Flagstaff, położne u podnóża Gór San Francisco, wysoko ponad poziomem morza. Z Wikipedii dowiedziałam się, że zimy panują tam srogie, potrafi być mroźno i śnieżnie, jednak moje wrażenia dotyczą lata, a wtedy daleko było nawet do uczucia chłodu. Przyjechałam tam zaraz po zobaczeniu Horseshoe Bend. Zarezerwowany motel okazał się być całkiem niezły, zważywszy na  cenę, a musicie pamiętać, że starałam się oszczędzić po pobycie na terenie rezerwatu Navajo, z którego wyjechałam z mocno nadwerężonym budżetem. Flagstaff dysponowało paroma wyśmienitymi knajpkami i browarami, zadbanymi ulicami, fragmentem starej Route 66 oraz klimatem miasteczka uniwersyteckiego. Murale na ścianach, różowy Cadillac zaparkowany przed domem, ukwiecone skwerki, a w restauracyjnych menu coś więcej niż smażone mięso. To wszystko sprawiło, że Flagstaff należy do moich ulubionych miast w Stanach. Jego nazwa pochodzi jeszcze z czasów wytyczania nowych dróg. Właśnie w tym miejscu przypadło budowniczym spędzić Święta Wielkanocy, więc postanowili wbić w ziemię słup i powiesić amerykańską flagę, by uczcić ten świąteczny dzień. I tak powstało Flagstaff.

Pamiątka po starej stacji benzynowej we Flagstaff

Różowy Cadillac

Oznakowanie starej Drogi 66

Jedna z ulic Flagstaff

W Sedonie było jeszcze goręcej, ale nie ma się czemu dziwić. Znajduje się ona po drugiej stronie łańcucha gór Red Rock i jest jednym z tych miejsc, gdzie kręcono niegdyś wiele westernów. Klimatem bardzo różni się od Flagstaff. Jest mekką New Age'u, co krok można spotkać sklepik oferujący czytanie z ręki, wróżenie z kart Tarota i innego tego typu usługi. Zjazd do miasta od strony Flagstaff to wijąca się serpentyną droga, biegnąca po ścianie kanionu, w dodatku wąska i bez pobocza. Trasa oferuje wspaniałe widoki i dreszczyk emocji podczas prowadzenia samochodu. Wjazd do miasta to jakby nagłe przejście z dzikiej natury do cywilizacji. Urocze, westernowe domki wybudowane po obu stronach drogi kryją w sobie sklepy, restauracje i punkty usługowe. Znajdziecie tu organy na świeżym powietrzu, odciśnięte dłonie gwiazd westernów, muzeum filmowe oraz wiele dziwnych przedmiotów wyeksponowanych w witrynach. A wszystko to skryte w cieniu majestatycznych gór. Oczywiście w przenośni, jedyny dostępny cień znajdował się wewnątrz budynków. Ciekawym miejscem w Sedonie jest (pozostawiony na pamiątkę) zarys budynku, w którym mieszkali założyciele tego miasteczka. Warunki mieli ciężkie, a chatkę można obejść w trzech krokach, była tak mała. Ponoć miasto zawdzięcza swoją nazwę imieniu noszonemu przez żonę pierwszego pioniera, który zawitał w te strony. Nie wiem, ile w tym prawdy, ale jedno jest pewne. Nie mogła mieć łatwej egzystencji. Trudna w uprawie ziemia, ekstremalne warunki pogodowe, dzikie zwierzęta - wszystko to nie sprzyjało długiemu życiu. Ale nie dziwi mnie, czemu wybrali akurat to miejsce. Widoki są fantastyczne. W tym momencie żal moje serce ściska, bo po czasie okazało się, że Sedona dysponuje świetnymi szlakami wspinaczkowymi, prowadzącymi w różne części Red Rocks, z których nie skorzystałam. Po prostu nie byłam ich świadoma. Niedawno z Internetu dowiedziałam się, jak wiele straciłam. Smutek.

Droga do Sedony

Droga do Sedony

Różowy kaktus

Widok na Red Rocks

Ciekawe nazwisko ma plakatowy Calvin 

Jedna z ulic Sedony

W drodze z Sedony do Phoenix przejechałam przez Prescott i uznałam, że jest to odpowiednie miejsce na postój. Zaparkowałam samochód przy głównym placu miasta, zajmowanym przez gmach sądu. Wokół budynku znajdował się skwer porośnięty olbrzymimi wiązami, pamiętającymi czasy Virgila Earpa, brata sławnego Wyatta. Virgil mieszkał w Prescott tuż przed głośnymi wydarzeniami w Tombstone, gościł u siebie także Doc'a Holliday'a. Tak na marginesie, zawsze mnie zastanawiało, czemu strzelanina w O.K. Corral urosła do takiej legendy. To chyba jeden z pierwszych przypadków obrazujących powstanie popkultury oraz przedstawiający wpływ mediów na świadomość społeczeństwa. Tego typu wydarzeń w XIX wieku w Arizonie było sporo, jednak akurat to pamiętają wszyscy. Dzięki opisaniu strzelaniny w gazetach, broszurach i tanich książeczkach, cała Ameryka żyła historią braci Earpów nie zważając na to, że od początku mocno rozmijała się ona z prawdą. Ale dość tej dygresji, czas wrócić do Prescott. Miasto jest dość duże, zamieszkałe przez około 40 tys. ludzi. Kiedyś było stolicą stanu, dopóki tej roli nie przejęło od niego Tuscon. Jedna z głównych ulic, Whiskey Row, jest również najbardziej historyczną. Można tam ugasić pragnienie w najstarszej restauracji/barze w mieście: "The Palace". Sama ulica ma bardzo ciekawą historię. Jej nazwa wywodzi się od licznych, wybudowanych wzdłuż niej saloonów, gdzie whiskey lała się strumieniami, a ludzie nie przejmowali się dobrym wychowaniem. Jeden ze stałych bywalców wpadł na genialny pomysł, by podpalić wszystko w szaleńczym, pijackim zwidzie i tak też zrobił. Prescott płonęło przez cztery dni, ocalało jedynie kilka budynków, reszta rozwiała się jak popiół na wietrze. Po tym, jakże znamiennym wydarzeniu, miasto odbudowano, tym razem z cegły, ograniczając liczbę spelunek do minimum. I w takiej właśnie nowoczesnej zabudowie Prescott wkroczyło w XX wiek. Do dzisiaj utrzymało przyjemny klimat i charakter.

Jedna z ulic Prescott

Siedziba Masonerii

W niewielkiej odległości od Prescott możecie natrafić na Tuzigoot, czyli pozostałości po pueblo wybudowanym przez plemię Sinagua. Miejsce to należy do obszarów objętych ochroną Parków Narodowych, wstęp na jego teren jest zatem płatny. Nie jest to jednak teren rezerwatu, więc cena wynosi jedyne 10 $. Temperatura na nagrzanych kamieniach była zabójcza, ale wybudowana tuż obok sala wystawowa oferowała klimatyzację i odpoczynek, nie mówiąc już o wiedzy. To właśnie w Tuzigoot sfotografowałam smoczą jaszczurkę z poprzedniego wpisu. Osada nie jest duża we współczesnym rozumieniu, ale jak na tamte czasy była dość zaawansowana technicznie i handlowo. Znajduje się na wzniesieniu górującym nad okolicą. Tuż obok przepływa rzeka Verde, więc mieszkańcy mieli dostęp do świeżej wody. W pobliżu znajdowały się również kopalnie soli, kamieni półszlachetnych  i minerałów. Na terenie Tuzigoot znaleziono także ozdoby z oceanicznych muszli, co świadczy o niezaprzeczalnym bogactwie Sinagua i szerokich handlowych powiązaniach z innymi plemionami. Zdziwił mnie zatem mocno fakt, że po trzystu latach prosperity postanowili oni powrócić do koczowniczego trybu życia, porzucić całe swoje cywilizowane pueblo i ruszyć w świat, zostawiając za sobą starców i osoby niedołężne. Jakby wybrali cofnięcie się, zamiast dalszego rozwoju. Zaskoczyć może Was również czas, w jakim to wydarzenie miało miejsce. Około 1400 roku! Nic dziwnego, że słuch o nich zaginął.

Droga do Tuzigoot

Widok ze szczytu na osadę

Widok na dolinę

Panorama ze szczytu
Po wyjeździe z Tuzigoot skierowałam się, już bez żadnych przystanków, do Phoenix. Dotarłam tam około 23.00, jednak temperatura zamiast spadać, była jeszcze wyższa. Wyjście z samochodu było jednocześnie wejściem do piekarnika. I to o tej godzinie! Następnego ranka było jeszcze gorzej. Wystarczyło parę sekund poza klimatyzowanym pokojem, żeby odechciewało się czegokolwiek. Było 40°C! Nic dziwnego, miasto znajduje się na terenie Pustyni Sonoran. Nie mam pojęcia, jak 1,5 mln ludzi może mieszkać w tym miejscu na stałe. Ja miałam problem nawet z oddychaniem. W planach było zwiedzanie, jednak trzeba je było zmodyfikować, bo nie byłoby w tym nic przyjemnego. Poczytałam sobie jedynie o Phoenix w Internecie i to mi wystarczyło. Przy okazji podjęłam decyzję, co do dalszych punktów na mojej wycieczkowej mapie. I w ten oto sposób wyprawa do Death Valley została anulowana. Jeśli nie byłam w stanie wytrzymać w 40°C, to co dopiero w prognozowanych 47°C w Dolinie Śmierci. Trzeba mierzyć siły na zamiary, tego między innymi nauczyła mnie ta wycieczka. Dlatego cały dzień w Phoenix spędziłam na basenie, chłodząc się w wodzie i pijąc dużo wody z lodem w cieniu licznych palm. Ależ to był przyjemny czas! Zwłaszcza po trudach podróży, przeżyciach w Arches National Park i kiepskich rezerwatowych motelach. Jednak żeby nie było, że jechałam do Phoenix na darmo, przejechałam przez miasto samochodem. Kusiło mnie mocno, żeby pojechać jeszcze dalej, aż do Mexicali (tak! ze względu na Death Proof i ścieżkę dźwiękową z tego filmu). Jednak posiadana przeze mnie wiza mi to uniemożliwiła. Mogłabym już nie wrócić z Meksyku, a tego bym nie chciała. Zadowoliłam się zatem Phoenix i ruszyłam w górę mapy, do miejsca, którego nazwa powinna znaleźć się w niejednej bajce. Ruszyłam do Skamieniałego Lasu.

Kaktusy wróżące upał

Palm było w Phoenix mnóstwo

Panorama Phoenix

Dziwne...

Rozbudowa miasta


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz