poniedziałek, 24 listopada 2014

Chicago

Odwiedziłam Chicago przed wylotem do Polski, po parotygodniowych zmaganiach z pustyniami, piaskiem, wymagającymi szlakami i upałem. Była to całkiem miła odmiana, choć wiązała się z wiatrem, deszczem i koniecznością założenia kurtki. Przecież to "wietrzne miasto", więc czego innego można się spodziewać.
Przyznam od razu, że ogólnie nie przepadam za nowoczesnymi miastami, szybko mnie nudzą. Kolejny wieżowiec tu, następny tam, szklano-metalowa konstrukcja na rogu, szklano-ceglana po drugiej stronie ulicy... i tak w kółko. Lubię za to oglądać artystyczne zdjęcia budynków. Te najbardziej udane sprawiają, że architektura wydaje się mieć duszę. Bardzo dobre zdjęcia robi Maciej Lulko, zajrzyjcie tutaj, to się przekonacie.

Ale wracając do tematu, jedno popołudnie spędzone w Chicago całkowicie zaspokoiło moją ciekawość. Po raz kolejny miałam wrażenie deja vu, ze względu na dużą liczbę filmów kręconych w tym mieście. Do moich najukochańszych należą The Blues Brothers i Blink. Mam do nich spory sentyment, choć nie za bardzo wiem czemu, przynajmniej jeśli chodzi o drugi z wymienionych tytułów. Trochę kryminał, trochę thriller, ale jakoś zapadł mi w pamięć, zwłaszcza ścieżka dźwiękowa. Dzięki niemu nie zdziwił mnie widok kolejki biegnącej nad głównymi ulicami miasta, tuż nad głowami przechodniów. Ciekawa była także amorficzna rzeźba, pokryta lustrzaną warstwą, odbijającą wieżowce, turystów i szare niebo. Oryginalny i niezwykły pomysł, w dodatku bardzo fotogeniczny. Zebrał się wokół niej spory tłum, w tym dziewczyny rozdające darmowe uściski. Miły gest. Z atrakcji wartych polecenia na jednodniowym wypadzie należy wspomnieć o diabelskim  młynie na nabrzeżu, z którego rozpościera się wspaniały widok na miasto. Wysokość jest całkiem duża, jednak nawet osoby z lękiem wysokości powinny jakoś to ścierpieć. Każdej osobie (parze, grupie) robione jest obowiązkowe zdjęcie, które później można wykupić (lub nie) w budce przy wyjściu.  Z kabiny widać cały horyzont wypełniony szklanymi budynkami, różnej wielkości i odmiennego kształtu.Warto również przejść się po centrum, żeby zasmakować atmosfery i przy okazji skosztować trochę lokalnego jedzenia. Koniecznie zjedzcie sobie pizzę w stylu Chicago, czyli na grubym cieście. Pychota! Jeśli będziecie mieli ochotę, możecie wybrać się także na rejs stateczkiem i zobaczyć miasto od strony rzeki.

Po całym dniu zwiedzania i, nie ukrywajmy,  marznięcia, potrzebowałam kubka herbaty i czegoś słodkiego, więc ulokowałam się w przytulnej knajpce i obserwowałam ludzi. Chicago jest ponoć mocno spolonizowanym miastem, muszę jednak przyznać, że nie dało się tego odczuć. Słyszałam sporo rozmów po rosyjsku, ale po polsku ani jednej. Być może znalazłam się w niewłaściwej dzielnicy. 

Kiedy skończycie już zwiedzać Chicago, warto wybrać się do pobliskiej Aurory, gdzie znajduje się jeden z większych outletów w tym rejonie, a w nim markowe sklepy z cenami niższymi niż w Polsce. Nie wiem, jak to możliwe, ale tak jest. Uwzględnijcie to w swoim budżecie, bo w zakupowym szale możecie stracić oszczędności. Ja po uzupełnieniu ubytków w garderobie udałam się wprost na lotnisko, a później do domu. I na tym kończy się moja amerykańska przygoda. Miło było się nią z Wami podzielić i przy okazji podsumować cały wyjazd. Następny wpis będzie dotyczył szczegółów planowania i wszelkiego rodzaju sugestii. Od starania się o wizę, poprzez wynajęcie samochodu, rezerwację hoteli, a na zakupie karty telefonicznej kończąc. Do przeczytania!

Pierwszy widok na Chicago w chmurach








Amorficzna rzeźba w Chicago


Wnętrze rzeźby







Przystań

Widok z diabelskiego młyna








Po tej konstrukcji jeździ kolejka miejska.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz