niedziela, 9 listopada 2014

Grand Canyon


Punkt obowiązkowy każdej wycieczki do Stanów, cud natury i wyzwanie dla piechurów. Wielki Kanion. Bardzo chciałam go zobaczyć, jednak miałam pewne obawy. Pierwszą z nich była niepewność, czy aby rzeczywistość podoła wyobrażeniom. Równie dobrze mogło się przecież okazać, że jest to typowa pułapka na turystów, czyli wiele hałasu o nic. Mnóstwo ludzi, godziny czekania i pięć sekund na zobaczenie widoczku. Obawa numer dwa dotyczyła pogodowej aktualizacji na stronie Parku, która wyraźnie mówiła o dużym zadymieniu i możliwym osłabieniu widoczności.
Chyba nie muszę pisać, jak bardzo byłabym rozczarowana, gdybym nie mogła niczego zobaczyć będąc na miejscu, po kilkugodzinnej jeździe. Okazało się, że zadymienie spowodowane było pożarem lasu w pobliżu Wielkiego Kanionu. Dane mi było przyjrzeć się temu z bliska, bo ściółka płonęła tuż przy drodze dojazdowej. Z tropu zbiły mnie znaki informacyjne, dzięki którym dowiedziałam się, żeby nie dzwonić do straży pożarnej, bo sytuacja jest już pod kontrolą. Z kolei "kontrola" polegała na pozwoleniu ogniowi się wypalić, bo takie pożary zawsze były i będą czymś naturalnym. Jechałam zatem bezpiecznie pośród ognia naturalnego pożaru, przeklinając w duchu piekielne zadymienie. Zastanawiałam się, jak będę mogła podziwiać kanion zza zasłony dymnej.

Nawet sobie nie wyobrażacie, jak przeszczęśliwa byłam, gdy obie moje obawy okazały się płonne. Wiatr przewiał zanieczyszczenia w drugą stronę, dzięki czemu widziałam wszystko jak na dłoni, a widok był to cudowny. Gwoli ścisłości, do Wielkiego Kanionu dojechałam od południowej krawędzi i to tę właśnie stronę polecam każdemu. Fakt, jest to najczęściej odwiedzana część, jednak wiąże się to z dużą ilością atrakcji, więc warto zaryzykować i pomęczyć się trochę ze znalezieniem wolnego miejsca parkingowego. A skoro już o tym mowa, to nie zawracajcie sobie głowy pierwszymi dwoma parkingami, od razu jedźcie dalej, będzie ich jeszcze kilka i nie będą tak okupowane. Przy okazji możecie natrafić na sklep, gdzie uzupełnicie zapasy i kupicie pamiątki. Nieważne, gdzie zdecydujecie się zatrzymać. Przy każdym parkingu znajdują się przystanki specjalnego autobusu, który dowiezie Was do szlaków pieszych, miejsc widokowych i innych atrakcji. Kursuje co 20 minut, więc nie będziecie musieli się spieszyć. 

Kiedy już dojedziecie do miejsca docelowego, staniecie przed wyborem szlaku.  Dostępne są trzy trasy piesze: dwie prowadzące na samo dno kanionu oraz jedna wzdłuż jego krawędzi. Jeśli uznacie, że nie starczy Wam sił na żadną z nich, zawsze możecie skorzystać z kolejnego ułatwienia, jakim jest darmowy autobus przemieszczający się wzdłuż ostatniej wspomnianej trasy. Zatrzymuje się przy punktach widokowych i zawraca do Grand Canyon Village. Jeśli zdecydujecie się na zejście w głąb kanionu, pamiętajcie o tym, że zajmuje to cały dzień. Podkreślę to raz jeszcze: cały dzień. Wielki Kanion jest dokładnie taki, jak na to wskazuje jego nazwa. Można oczywiście zejść do połowy i wrócić, przeżycie jest równie emocjonujące, jednak zasada jest prosta: jeśli w bukłaku została połowa wody - zawracacie. Zdarzały się już wielokrotnie przypadki śmiertelne, kiedy to ludzie przeliczyli się z siłami i zmarli z wycieńczenia. W szczycie sezonu temperatura jest bardzo wysoka, trasy są wymagające, więc łatwo o odwodnienie. Dodatkowo, w początkowej części szlaku stale spotyka się ludzi, więc można się czuć bezpiecznie. Jednak im dalej w głąb, tym bardziej odludnie i dziko. Tablice informacyjne w Wielkim Kanionie bardzo bezpośrednio odnoszą się do kilku spraw związanych z bezpieczeństwem. Po pierwsze ostrzegają, żeby zawsze brać ze sobą więcej wody niż początkowo planowaliśmy. Po drugie, wejście do rzeki Colorado jest śmiertelne (sic!). Wcale się nie przejęzyczyłam, nie miało być "może grozić śmiercią". Jeśli wejdziesz, już nie wypłyniesz. Woda jest tam lodowata, każdy nierozsądny turysta przepłaci chęć kąpieli życiem. Dość wygórowana cena, sami przyznacie. 

Kolejną niezwykle ważną informacją, jaka może Wam się przydać w przyszłym planowaniu wycieczki do Wielkiego Kanionu jest to, że liczba miejsc noclegowych (w postaci schroniska i pól namiotowych na dnie) jest bardziej niż ograniczona. Rezerwacji należy dokonać co najmniej na rok przed przyjazdem, zwłaszcza, jeśli ma on mieć miejsce w miesiącach wakacyjnych. Podejrzewam, że pół roku wyprzedzenia powinno starczyć w przypadku miejsca na polu namiotowym, ale nie jestem w stanie tego zagwarantować. Jeśli zatem będziecie chcieli zejść na sam dół, będziecie musieli przespać się, zanim wrócicie. Ja oczywiście nie byłam tego świadoma, więc zmuszona byłam wybrać trasę prowadzącą grzbietem kanionu, z racji braku rezerwacji. Kilkanaście kilometrów stosunkowo stromą ścieżką, tuż nad brzegiem niekończącej się przepaści, robiło spore wrażenie. Całe to miejsce było wręcz nierealne. Ogromna, gigantyczna, gargantuiczna wręcz wyrwa w ziemi, stroma i spadzista, czerwona niczym ceglany pył. Wijąca się w dole rzeka była prawie zawsze niewidoczna, skryta za skałami i trudna do zauważenia. Na jednym z punktów widokowych miałam moją małą "przygodę" z kondorem, o czym możecie przeczytać tutaj. Przejście tej trasy zajęło mi prawie cały dzień, głównie ze względu na postoje, podczas których nie mogłam się napatrzeć na panoramę rozścieloną u moich stóp. Oczywiście zrobiłam mnóstwo zdjęć, bo jakże by mogło być inaczej. Część z nich znajdziecie poniżej. Miłego oglądania!






Ścieżka prowadząca w dół kanionu





Pożar lasu w pobliżu Wielkiego Kanionu
I trochę pięknych panoramicznych zdjęć:





Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza