środa, 16 września 2015

Oslo pod znakiem tęczy

Realizacja mojego planu zwiedzania Skandynawii i krajów nadbałtyckich miała w tym roku swój ciąg dalszy w postaci wyjazdu do Norwegii. Nie były to typowe wakacje, raczej zdalna praca z innego kraju. Odrobinę ograniczało to moje zdolności mobilne, zdecydowałam się zatem na pozostanie w okolicach Oslo i zostawienie północy kraju na następny raz. A ten na pewno kiedyś nastąpi, bo w Norwegii jest co robić. Ale nie wybiegajmy w przyszłość, na razie skupię się na ostatnim wyjeździe.

Wszystko zaczęło się od kupienia, jak to zwykle w moim przypadku bywa, tanich biletów lotniczych. Oferta jest całkiem ciekawa, Wizzair i Raynair biją się o klientów, więc można polecieć za naprawdę niewielkie pieniądze. Jedynym mankamentem jest usytuowanie lotnisk obsługujących obie linie. Wizzair lata na Sandefjord Torp, które znajduje się 120 km od Oslo. Ryanair z kolei wybrał Rygge, oddalone od stolicy o 70 km. Z obu lotnisk można oczywiście bez problemu dojechać autobusem lub pociągiem, jednak za taką usługę trzeba zapłacić czasami więcej niż za sam bilet. Ja zdecydowałam się na autobus, ze względu na koszty i wygodę. Co ciekawe, z Torp jeżdżą również polskie busiki, które podwiozą Was gdzie chcecie. Ta opcja dojazdu do Oslo jest chyba najtańsza. Vivat Polonia!

Początek wyjazdu nie napawał optymizmem. Wylądowałam w Norwegii z podniesionym ciśnieniem po niefortunnej dopłacie do biletu za nadbagaż (Wizzair zaostrzył kontrolę, 5 cm różnicy w dozwolonej wysokości walizki stanowiło gwóźdź do mojej trumny). Moja irytacja nie należała do lekkich, ale postanowiłam przełknąć tę gorzką pigułę. Popicie jej piwem nie wchodziło w grę, raczej by mi wtedy stanęła w gardle, bo Norwegia do tanich krajów nie należy i za małe piwo zapłacić tam trzeba 60 zł. Ale nic to, byłam mentalnie przygotowana na drożyznę, więc po prostu skupiłam się na zwiedzaniu. Poza tym motywem przewodnim mojego wyjazdu okazała się być tęcza, pojawiająca się już nawet w Polsce, a ona zawsze nastraja mnie optymistycznie.

Tęcza na jeszcze polskim niebie

Norweska tęcza powitalna
Zwiedzanie zaczęłam od Pałacu Królewskiego i trafiłam akurat na zmianę warty. Żołnierze i żołnierki przemaszerowali przed główną ulicę miasta wprost pod pałac. Przygrywali sobie marszową, skoczną muzykę i sprawiali ogólne wrażenie bardzo zadowolonych z odbywanej służby. Trochę tracili na powadze przez spadające im na twarze frędzle, nie mniej jednak stanowili bardzo malowniczą grupę. Sam pałac i otaczający go park są bardzo skandynawskie. Proste, eleganckie, minimalistyczne w formie i egalitarne. Nic dziwnego, skoro jedynym celem króla Karola III Jana, którego pomnik stoi przed pałacem, było sprawienie, by wszyscy poddani go kochali. Od samego początku powstania siedziby królewskiej, czyli od lat 20. XIX wieku, teren przypałacowy był dostępny dla wszystkich, co jest ewenementem na skalę światową.

I ruszyli... na czele pochodu jeźdźcy...

... za nimi sekcja perkusyjna...

... następnie orkiestra dęta...

... a na samym końcu uzbrojeni żołnierze.

Zmiana warty przed Pałacem Królewskim.

Wiatr nie był dla żołnierzy łaskawy.

Pałac Królewski w Oslo
Wprost u stóp pałacu rozciąga się główna ulica Oslo, nosząca imię Karla Johana (czyli Karola Jana). To najbardziej reprezentacyjny deptak, przy którym znajdują się hotele, sklepy i teatr narodowy. Ulica kończy się przy Dworcu Głównym, więc maszerują tamtędy chmary turystów. W Oslo nie zachowało się zbyt wiele naprawdę starych budynków. Mieszkańcy podchodzili do przestrzeni miejskiej dość utylitarnie. Jeśli brakowało miejsca lub budynki robiły się przestarzałe, po prostu zostały zastępowane nowocześniejszymi. Przykładem takiej przemiany może być Aker Brygge, czyli dawna dzielnica portowo-magazynowa przekształcona w obecnie najbardziej modne miejsce z restauracjami, portem i fantastycznym widokiem.

Ulica Karla Johana w przybliżeniu...

...i w całej okazałości.

Ulica Karla Johana od strony dworca, widok na pałac

Norwegowie potrafią dbać o detale. Mimo krótkiego lata wszędzie można spotkać kwiaty.

Jedyne domy sprzed XX wieku jakie udało mi się znaleźć.

Teatr Narodowy z pomnikiem Henryka Ibsena (jakże by mogło być inaczej).

Jedna z ulic Oslo, w centrum

Aker Brygge

Aker Brygge

Widok na znaczną część Aker Brygge, na górze widać Holmenkollen i skocznię
Tuż przy Aker Brygge znajduje się twierdza Akershus. Powstała pod koniec XIII wieku i nigdy nie została zdobyta. Kapitulować się jej zdarzało, jednak jedynie w wyniku pertraktacji. W budynkach wewnątrz murów znajduje się kilka muzeów militarnych oraz wystawa bardzo dziwnych rzeźb. O tym napiszę jednak w kolejnym wpisie, bo jest to temat rzeka. Dziwne rzeźby są specjalnością Norwegów, o czym sami będziecie się mogli niedługo przekonać. Widok z grubych, kamiennych murów Akershus jest urzekający. Można zobaczyć Aker Brygge w całej okazałości oraz pobliskie wyspy z tysiącem przycumowanych do nich łodzi, statków, jachtów i motorówek. Bielą się przy brzegach, czekając na swych właścicieli. Odniosłam wrażenie, że większość mieszkańców Oslo posiada jakąś łajbę, bo każda zatoczka Oslo fiordu jest wypełniona po brzegi bujającymi się na falach łódkami. Nic w tym dziwnego, skoro to w dużej mierze nadmorski kraj.

Twierdza Akershus widziana z Aker Brygge

Aker Brygge widziane z murów twierdzy

Budynki wewnątrz twierdzy

Armata wycelowana w wyspę Hovedoya

Główny budynek twierdzy

Ponoć nadal sprawne armaty

Twierdza widziana od strony lądu

Dziedziniec twierdzy Akershus
Wodne klimaty zostawiłam na rzecz muzeum Muncha, do którego wybrałam się z czystej ciekawości. Okazało się, że akurat odbywała się wystawa łączona obrazów Muncha i Van Gogh'a, więc skorzystałam podwójnie. Zestawienie twórczości i biografii obu malarzy było ciekawym posunięciem. I choć przyznam, że bardziej przemawiają do mnie obrazy Vincenta, to jednak obejrzenie z bliska "Krzyku" miało w sobie wielką moc. Tak przy okazji dowiedziałam się, że powstało kilka jego wersji, malowanych farbami akrylowymi, kredkami lub akwarelami. Nigdy nie wiadomo, na który się trafi. 

Mój kontakt z norweską sztuką nie urwał się po tym jednym wydarzeniu. Potem było tylko ciekawiej, bo na scenę wkroczyły golasy. Ale o tym napiszę kolejnym razem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz