niedziela, 24 stycznia 2016

Nowa fala westernów, czyli odczarowywanie Dzikiego Zachodu

Wszystko zaczęło się od dziecinnej fascynacji "Winnetou" Karola Maya (do dziś się zastanawiam, jakim cudem byłam w stanie wchłonąć trzy opasłe tomiska, a potem obejrzeć jeszcze filmy ze szprechających aktorami). Później były klasyki, spaghetti westerny, Clint Eastwood i tak dalej, aż w końcu nieodwracalnie zapadłam na westernową gorączkę. Niestety, po jakimś czasie oraz po niezliczonej liczbie beznadziejnych filmów wykorzystujących tę konwencję, przestałam pielęgnować moje uczucie do westernów. Być może przyczyną było to, że z niego wyrosłam lub po prostu znudziły mnie wciąż powtarzane schematy i stereotypy, biało-czarne charaktery. To, co kiedyś stanowiło o sile gatunku, stało się jego przekleństwem. Ostatnio jednak zdałam sobie sprawę, że całkiem nieświadomie powróciłam do oglądania westernów i znowu się nimi zachwycam.

Coś w tym gatunku drgnęło po "Bez przebaczenia" Clinta Eastwooda i powoli, delikatnie, western zaczął się przeobrażać. Nadal korzystano z jego konwencji w celu tworzenia niezbyt ciekawych produkcji w rodzaju "SexiPistols", "Kowboje i obcy", "Bardzo dziki zachód", itp. Jednak mam wrażenie, że niektóre filmy potrafiły wybić się ponad przeciętność i ograniczenia narzucone przez formę. Przed Wami moje top 5 najnowszych westernów.

The Homesman / Eskorta

Niezwykły, niepokojący i ponury film Tommy'ego Lee Jonesa. Trzeba przyznać, że (jako reżyser) ma on talent do ukazywania szlachetnego surowego piękna amerykańskich krajobrazów. Z kolei jako aktor potrafi zagrać przejmująco nawet niezbyt sympatyczne postacie. A taką jest bez wątpienia George Briggs, wyrzutek, złodziej i ogólnie rzecz ujmując: przestępca. Ze szponów śmierci wyrywa go Mary Bee Cudy (Hilary Swank). Całkiem dosłownie, bo odcina go od gałęzi, na której został powieszony. W ramach zaciągniętego długu ma on jej pomóc w transporcie trzech obłąkanych kobiet z rustykalnej Nebraski do miasta w Iowa. Tak w dużym uogólnieniu wygląda fabuła. Sama podróż, choć trudna i obfitująca w przeróżne zagrożenia, jest tylko tłem dla przenikliwego, ale nie nachalnego spojrzenia na miejsce kobiet w świecie Dzikiego Zachodu: mieszkanie w ciasnych i zatłoczonych chatach, ciężka harówka na nieurodzajnej ziemi, stałe rodzenie dzieci tylko po to, by patrzeć jak umierają z głodu i chorób, brutalni mężczyźni odreagowujący trudy życia na żonach... aż dziw bierze, że tylko trzy kobiety spośród całej rzeszy innych postradały zmysły. Przy okazji jest to także spojrzenie z perspektywy świeżo upieczonych Amerykanów, przybyłych na te ziemie w poszukiwaniu lepszego życia, a których wyobrażenia spotykają się z brutalną rzeczywistością. Ten fatalizm oraz dojmująca beznadziejność trudnego życia są jakby żywcem zaczerpnięte z książek Cormaca McCarthy'ego. Okrucieństwo i przemoc są przedstawione tak samo obrazowo, piękne krajobrazy zapełniają bezlitośni ludzie, a wszelkie przejawy dobra są bezwzględnie tępione przez prawo silniejszego. Tommy Lee Jones mocno wziął sobie do serca wcześniejsze produkcje, w których występował: "To nie jest kraj dla starych ludzi" i "Zaginione". Obie były świetne, obie defetystyczne. Podobne cechy są obecne także w "The Homesman". Jest w tym filmie dużo niepokojącej i nieoczywistej poezji. Zapewne dlatego tak bardzo mi się spodobał.

Slow West

Jeden z moich ulubionych zeszłorocznych filmów. Świetnie dobrana obsada, Fassbender w wyśmienitej formie, rozczulający Kodi Smit-McPhee i cudowne widoki Nowej Zelandii udającej Stany Zjednoczone. Ten film, podobnie jak "The Homesman", rozprawia się z mitem radosnego zdobywania Dzikiego Zachodu - krainy nadziei i dobrej woli. Jednak robi to w sposób o wiele lżejszy i pełen dystansu, a momentami nawet humoru. Głównym bohaterem jest szkocki nastolatek Jay, który przepłynął Ocean, by odnaleźć utraconą miłość - Rose. Jay jest naiwnym romantykiem, swoją wiedzę o Ameryce czerpiącym z przewodnika (sic!). Przed nieuchronną śmiercią ratuje go łowca nagród Silas (Fassbender), mrukliwy i pozbawiony złudzeń wyrzutek. Ta z pozoru niedopasowana para rusza w dość surrealistyczną podróż, ukazującą bezpretensjonalnie Dziki Zachód takim, jaki był: bezlitosnym miejscem, gdzie za każdą pomyłkę płaci się brutalną i nagłą śmiercią. Wspaniałe w Slow West jest to, że nic nie jest tu takie, jak by się mogło wydawać. A to czyni ten film bardzo prawdziwym. Urok i lekkość z jaką poprowadzono tę historię sprawia, że okrutny świat pierwszych osadników staje się chwilami zniewalający. Te dwa oblicza Dzikiego Zachodu mieszają się w różnych proporcjach, co najwyraźniej można odczuć podczas scen końcowych. Wtedy okazuje się, że jednym ta kraina wypełnia serca nadzieją, innym ołowiem.

The Salvation / Wybawiciel

Nadzieja towarzyszy bohaterowi tego filmu od samego początku. Jon Jensen (świetny Mads Mikkelsen) przybył do Ameryki z Danii wraz z bratem, aby kupić ziemię i się na niej wzbogacić. W swoim kraju zostawił żonę i syna. Ciężką pracą dorobił się schludnego gospodarstwa, więc po 10 latach rozłąki postanowił sprowadzić do siebie swoją rodzinę. Niestety to, co zyskał, nie jest mu dane na zawsze, a bezwzględne oblicze Dzikiego Zachodu objawia się w najgorszy możliwy sposób, zabierając mu wszystko. Pozostaje mu tylko zemsta, a będzie ona krwawa. Fabuła nie brzmi być może oryginalnie, ale to najprawdziwszy western w klasycznym stylu, w dodatku europejskiej produkcji! Częściowo mówią tu po duńsku, jednak niech Was to nie odstraszy, ten zabieg dodaje autentyczności wątkowi emigranckiemu. The Salvation ogląda się z zapartym tchem, napięcie wciąż rośnie i rozładowane jest dopiero w ostatniej minucie. Dużą zasługę w stworzeniu niezwykłej atmosfery ma Eva Green, grająca Madelaine - kobietę z przeszłością i po przejściach. Jest w tej roli autentycznie niezwykła, zwłaszcza że do dyspozycji ma jedynie swoją twarz. Nie wypowiada w całym filmie ani jednego słowa. Za to jej oczy! Nie sądziłam, że można tyle wyrazić zwykłym spojrzeniem. Jej się to udaje bezbłędnie. Wydaje mi się, że skradła ten film Madsowi, mimo że on również dał popis gry aktorskiej.

The Keeping Room

Bardzo skromny i prosty western dotyczący czasów wojny secesyjnej. Głównymi bohaterkami są 3 kobiety, same starające się przeżyć na opuszczonej przez mężczyzn farmie. O kobietach na Dzikim Zachodzie było już w tym poście dużo: jedne postradały zmysły, inne zostały zamordowane, zgwałcone lub pobite, kolejnym udało się przetrwać dzięki sile charakteru. Do tego ostatniego grona zaliczają się również siostry Augusta i Louise oraz murzynka Mad, ich dawna niewolnica. Przyszło im żyć w świecie wyniszczonym długoletnią wojną, głodem i biedą. Kiedy pewnego dnia do ich życia ponownie wkraczają mężczyźni, przynoszą ze sobą jedynie strach i zagrożenie. Siła tego filmu tkwi w jego prostocie oraz innej niż zwykle perspektywie wojny secesyjnej. Nie dość, że jest ona pokazywana oczami przegranych, to jeszcze są to oczy kobiece. Nie znajdziecie tu heroicznych wyczynów żołnierzy, scen z pól bitewnych, efektownych wybuchów. Za to oczekujcie napięcia godnego thrillerów oraz nie nachalnego wglądu w olbrzymie zmiany w amerykańskim Południu wywołane wojną. Obsada tego filmu jest całkiem ciekawa, choć przystojna twarz Sama Worthingtona nie do końca pasuje do złoczyńcy. Hailee Steinfeld z kolei zadebiutowała w "Tru grit", remake'u klasycznego westernu w wersji braci Coen, pojawiła się także we wspomnianym powyżej " The Homesman". Przyznam, że dobrze się odnajduje w takich filmowych klimatach.

The Revenant / Zjawa


Na sam koniec zostawiłam sobie smaczny kąsek w postaci nowego filmu Alejandra Gonzaleza Inarritu. Jak na tego reżysera jest to produkcja absolutnie nietypowa, ale ta oryginalność stanowi mimo wszystko zaletę. Do tej pory automatycznie wiązałam go z filmami o wielowątkowej fabule, układanej z niezwykłą precyzją w skomplikowaną całość ("Amores Perros", "Babel", "21 gramów"). Jednak po obejrzeniu dziwnego "Birdmana" nie wiedziałam, czego się mogę spodziewać. Tym przyjemniejsze było moje zaskoczenie. Okazało się, że "Zjawę" ogląda się wyśmienicie. Jest to w zasadzie prosta historia o przetrwaniu i zemście. Ale jak to jest nakręcone! Każda scena jest genialnie zaplanowana, zdjęcia są olśniewające, a dzikie plenery piękne. Leonardo DiCaprio gra na swoim zwyczajowym wysokim poziomie, Tom Hardy nie ustępuje mu pola, choć w zasadzie jest rozpoznawalny spod gęstego zarostu jedynie dzięki charakterystycznemu głębokiemu głosowi. Miło było ponownie zobaczyć ich wspólnie na ekranie - od "Incepcji" minęło już ładnych parę lat. Tworzą zgrany duet. Mimo, że film nie opiera się na efektach specjalnych, to te użyte robią wrażenie. Nie mam pojęcia, jakie sztuczki odpowiadają za scenę z atakiem niedźwiedzia, ale wygląda niezwykle realistycznie. Przy takim poziomie realizmu trochę może dziwić "nieśmiertelność" postaci granej przez DiCaprio, ale bez najmniejszego problemu mogę na to przymknąć oko. Odnośnie wątku kobiecego, który przewija się w dzisiejszym poście, to tutaj go praktycznie nie ma. "Zjawa" to męskie kino, gdzie jedyna kobieta przedstawiona jest pod postacią wspomnienia i bardziej przypomina anioła niż realnego człowieka. Nic to, można przecież poświęcić 2,5 godziny na oglądanie zmagań dwóch męskich mężczyzn, prawda?

A Wy? Macie swoje ulubione westerny?

5 komentarzy:

  1. hm, nie wiem czy widziałaś "Truposza" Jarmusha, taki w westernowych klimatach (acid western - jak wygóglowałam, tak określa się ten gatunek ;) - to chyba pierwsze co przyszło mi do głowy. "To nie jest kraj dla starych ludzi" chyba też do okołowesternowych można zaliczyć, ale to na bank znasz, podobnie jak "Django" czy "Jeźdźca znikąd" :) z klimatów okołowesternowych pomyślałam też o "Wzgórzu nadziei", całkiem miłe kino, zdecydowanie bardziej "kobiece", ale fajne.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Widziałam wszystkie :D haha, jestem westernową dziewczyną ;) "Jeździec znikąd" niestety mi się nie spodobał, zaliczyłam go do grona filmów wspomnianych we wstępie ("Wild wild west" np.). Nawet Johnny go nie uratował. Ale reszta całkiem przypadła mi do gustu, a już "To nie jest kraj dla starych ludzi" to majstersztyk.

      Usuń
  2. a z Twoją recenzją "Zjawy" (bo pozostałych czterech filmów jeszcze nie widziałam) całkowicie się zgadzam - smakowite i bezbłędne kino! świetne zdjęcia, piękne plenery, masa pierwotnych emocji, genialny dźwięk i aktorstwo na wysokim poziomie (nie od dziś jestem fanką Leo, muszę to przyznać :). niektóre wątki niezbyt prawdopodobne, ale przymykam na nie oko, bo całość jest mistrzowska :)

    OdpowiedzUsuń