środa, 15 czerwca 2016

Szybki wypad na Wyspy: Beachy Head i Eastbourne


Dwa dni spędzone nad angielskim morzem wystarczą, by poczuć na własnej skórze, co znaczy wyspiarskie lato. Trzeba przyznać, że tamtejszy klimat ma swój specyficzny urok. Pisząc specyficzny, mam na myśli ogromną wilgotność powietrza, spore zachmurzenie i pojawiające się znienacka mgły. Czerwiec w wersji deluxe . Być może ktoś uzna, że takiej pogodzie daleko do ideału, ale ja leciałam tam bardziej w odwiedziny niż w celach turystycznych. Poza tym częste pobyty w Irlandii i Anglii nauczyły mnie jednego: gdybym miała przejmować się pogodą, niczego bym na wyspach nie zobaczyła. Po prostu trzeba wziąć w garść parasol lub zarzucić na grzbiet płaszcz przeciwdeszczowy i wyjść, na nic nie zważając. Może padać, a może przestać, może być pochmurnie, a za chwilę słonecznie. I tak w kółko. Trudno, taki tam mają klimat.


Pierwszy dzień minął na rozmowach, które przeciągnęły się prawie do rana. W niedzielę postanowiłam się jednak ruszyć, bo jakże to tak miałoby być, że gdzieś jestem i niczego nowego nie zobaczę. Wybór padł na Beachy Head, czyli kredowe urwisko klifowe we Wschodnim Sussex. Miały tam na mnie czekać piękne widoki na latarnię morską, Siedem Sióstr i Kanał La Manche. Dojazd autostradą był szybki, lecz nużący, dopóki nie wjechałam w wąskie dróżki położone poza główną drogą. Uwielbiam angielskie tunele z drzew, drogi w jarach i urocze domki z żywopłotami. Rustykalny krajobraz Wielkiej Brytanii jest o wiele bardziej urzekający niż ten słynny, wielkomiejski.

Kiedy już dojeżdżałam do wybrzeża i od celu dzieliło mnie około mili, wjechałam w tak gęstą mgłę, że widoczność spadła do kilku metrów. Odnalazłam parking na ślepo i niezrażona niczym ruszyłam na szlak. Cóż, tylko dzięki GPSowi wiedziałam, że przede mną znajduje się woda i latarnia, bo nawet krawędzi klifu nie byłam w stanie wyłowić, mimo że znajdował się tuż pod moimi stopami. Mleczno biała zasłona spowiła angielskie wybrzeże i za nic nie chciała odsłonić choć rąbka. Dłuższa wędrówka nie miała większego sensu, zatem cofnęłam się do samochodu i ruszyłam zajeść smutki w pobliskim Eastbourne.

Beachy Head
To był strzał w dziesiątkę. Eastbourne okazało się miejscowością uroczą i sympatyczną, podobną trochę do Brighton, ale o wiele mniej nadętą. A przede wszystkim, nie było tam już mgły. Dane mi było zatem zobaczyć część słynnych klifów.

Spacer po wybrzeżu i plaży zadziałał na mnie orzeźwiająco. Powspinałam się trochę na skałki, pozbierałam muszelki... jednym słowem: wypoczęłam. Byłam w tak dobrym humorze, że pozaczepiałam nawet trochę rasowe psy, wyprowadzane przez swoich właścicieli na wybieg. Kto mnie zna ten wie, że to świadczy o wyśmienitym wręcz nastroju. Z płucami wypełnionymi jodem, mogłam zacząć powrót do domu. Dwa dni zleciały jak z bicza strzelił. Krótki to był wypad, ale trzeba przyznać, że bardzo przyjemny. Latanie w ten sposób ma swoje zalety!

Eastbourne

Plaża w Eastbourne

Plaża w Eastbourne

Klify w Eastbourne

Klify w Eastbourne

Klify w Eastbourne

Klify w Eastbourne

Wodorosty

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz