wtorek, 27 września 2016

Sernik z malinami w wersji deluxe

Serników jeszcze na blogu nie było, czas więc najwyższy, by to zmienić! Sezon na maliny się już kończy, więc to dosłownie ostatnia chwila. Dzisiejsze ciasto jest w zasadzie tak atrakcyjne wizualnie, że śmiało można je potraktować jako tort na szczególne okazje. Nie wymaga olbrzymich nakładów pracy (chyba, że będziecie ręcznie zbierać maliny). Jest to sernik, którego nie trzeba piec - wymaga jedynie schłodzenia. Wbrew pozorom własnie chłodzenie może się okazać największym wyzwaniem. Bardzo trudno jest się powstrzymać przed zjedzeniem go od razu. Wierzcie mi na słowo! Sama wytrzymałam tylko dlatego, że miał to być prezent urodzinowy.

niedziela, 11 września 2016

Jak zrobić w domu lody Chunky Monkey?

Są wśród Was wielbiciele lodów Ben&Jerry's? Ja zaliczam się do ich grona i całkiem bezwstydnie potrafię wchłonąć na raz cały kubeczek (oczywiście w zależności od smaku). Jednymi z moich ulubionych są Chunky Monkey, czyli lody bananowe z dużymi kawałkami orzechów włoskich i czekolady. Są nie-ziem-skie. Niestety, trudno je w Polsce dostać, dlatego postanowiłam zakasać rękawy i sama zabrać się do roboty. Efekt przeszedł moje najśmielsze oczekiwania. Nie dość, że lody są genialne w smaku, to jeszcze jest to wersja odchudzona, więc bez problemu można ich zjeść ogromną ilość.

wtorek, 6 września 2016

Norweski bonus

Wydawało mi się, że opisałam Oslo bardzo dokładnie w poprzednich wpisach. Zabytki, niezwykłe muzea, atrakcje, wyspy i półwyspy, fiordy oraz góry - Oslo ma wiele do zaoferowania dla każdego, niezależnie od upodobań. Kiedy jednak pojechałam tam ostatnim razem, znalazłam jeszcze kilka miejsc, które wcześniej przeoczyłam, a o których warto wspomnieć. Dlatego dzisiaj przygotowałam mały bonus dla lubiących norweskie klimaty i przy okazji doceniających sztukę  (uliczną i nie tylko).  

sobota, 3 września 2016

Wypad poza Oslo i wspinaczka na Oppkuven

Tego się nie spodziewałam. Przecież wszystko rozpoczęło się tak niewinnie, od górskich strumyków, kałuż i błota. Potem grunt zaczął się uginać pod ciężarem mojego ciała, a do butów zaczęła się wlewać woda. Stawianie kroków wymagało skupienia, na które nie do końca miałam czas, bo gnałam przed siebie szybkim tempem, którego nie chciałam zmieniać. Wyszukiwałam więc wyglądające na w miarę stabilne kępki trawy, by to na nich postawić stopę, ale to rozwiązanie okazało się zdradzieckie. Nawet te najbardziej wyrośnięte potrafiły kryć pod sobą przestrzeń wypełnioną wodą, która w ułamku sekundy wdzierała się do butów. 

Drugą opcją, niestety nie wszędzie dostępną, były kamienie i korzenie drzew. Te dawały jako takie oparcie, ale często same zapadały się wraz ze mną w mokradło. Nie byłam przygotowana na przedzieranie się przez torfowiska. Przecież to miała być wyprawa w góry!