wtorek, 6 września 2016

Norweski bonus

Wydawało mi się, że opisałam Oslo bardzo dokładnie w poprzednich wpisach. Zabytki, niezwykłe muzea, atrakcje, wyspy i półwyspy, fiordy oraz góry - Oslo ma wiele do zaoferowania dla każdego, niezależnie od upodobań. Kiedy jednak pojechałam tam ostatnim razem, znalazłam jeszcze kilka miejsc, które wcześniej przeoczyłam, a o których warto wspomnieć. Dlatego dzisiaj przygotowałam mały bonus dla lubiących norweskie klimaty i przy okazji doceniających sztukę  (uliczną i nie tylko).  

Spacerując po ulicach Oslo często miewam wrażenie, ze właśnie tak mógłby wyglądać Wrocław, gdyby tylko był zadbany i wypieszczony. Pomijam oczywiście szkody wojenne, jakie zresztą nadal widać w tkance miejskiej Wrocławia. Nie biorę pod uwagę groteskowego łatania dziur plombami ani ustawionych bez ładu i składu blokowisk. Mam na myśli jedynie to, co na przestrzeni siedemdziesięciu lat od wojny sami mogliśmy naprawić, a czego nie zrobiliśmy. Kamienice Trójkąta czy Śródmieścia mogłyby wyglądać tak, jak na zdjęciu poniżej. Czyste elewacje to przecież nie są bardzo wygórowane wymagania! Gdyby tylko o pozostałe we Wrocławiu kamienice dbano tak, jak o te w Oslo. Jakże przyjemniej by się w tym mieście żyło.

To takie moje myślenie życzeniowe, bo najwyraźniej nic się we Wrocławiu w tym temacie nie ma zamiaru zmienić. Jest nawet gorzej, bo nadal dawna zabudowa jest po prostu bezwstydnie wyburzana. A że zabytków nie można tak dla kaprysu likwidować, najpierw miasto doprowadza je do takiego stanu, że grożą zawaleniem. Wtedy już bez większych oporów ratuje mieszkańców przed zagrażającą im katastrofą budowlaną. Może się okazać, że niedługo już nic nie zostanie z przedwojennej zabudowy. Zwłaszcza, że spora część osób mieszkających czy to na Przedmieściu Oławskim, czy w Śródmieściu sama przyczynia się do degradacji zajmowanych przez siebie lokali. I tak to się toczy, nieubłaganie zmierzając w stronę upadku. 

Oslo? Wrocław?
Wrocław? Oslo?
Wpadłam w apokaliptyczny nastrój, co nie było moim zamierzeniem. Po prostu wkurza mnie brak wizji i strategicznego myślenia władz Wrocławia. Ale bez obaw, już się otrząsam z czarnych myśli i wracam do pięknego Oslo. Podczas popołudniowego spaceru po tym mieście natknęłam się również na dość dziwny budynek z elewacją pokrytą antynazistowskimi napisami i graffiti. Nie do końca znam historię tego miejsca, ale robi wrażenie, dlatego pozwoliłam sobie zamieścić także jego zdjęcia.

Próbka norweskiej twórczości ulicznej
Walka z neonazizmem
Ciekawym miejscem, na które się natknęłam całkowicie przypadkowo, jest jedna z nielicznych zachowanych starych dzielnic Oslo. Podczas wielkiego pożaru spłonęła doszczętnie ogromna część zabudowy, dlatego samo miasto odbudowano w zasadzie od podstaw przy twierdzy Akershus. Starych budynków jest w Oslo naprawdę niewiele, a mnie udało się trafić na jedną krótką i wąską uliczkę, gdzie czas się zatrzymał. Drewniane domki znajdują się tuż obok neorenesansowych kamienic z XIX wieku, co sprawia dość surrealistyczne wrażenie.

Podobną zabudowę widziałam jedynie w Norsk Folkemuseum, gdzie przeniesiono likwidowaną starą dzielnicę Oslo i z autentycznych domów stworzono replikę dawnej stolicy Norwegii. Na pewno było w tym mieście o wiele bardziej ciasno, dlatego rozbudowa wyszła mu na zdrowie. Jednak chęć zachowania w niezmienionym kształcie dawnej formy miasta jest autentycznie godna pochwały i docenienia. Ulica, którą możecie oglądać na poniższych zdjęciach to Damstredet. Znajduje się tuż obok cmentarza prawosławnego. 

Wejście do uliczki ze starą zabudową

Urocze drewniane domki


Stara zabudowa z widokiem na nowoczesne Oslo

Ulica Damstredet
Na sam koniec zostawiłam sobie mój ulubiony półwysep Bygdøy, bo i tu zostało mi najwyraźniej coś jeszcze do obejrzenia. Myślałam, że mam tamtejsze trasy przebiegnięte wzdłuż i wszerz, ale oczywiście to przeświadczenie okazało się nad wyraz mylne. Tym razem pobiegłam na sam koniuszek półwyspu, do Huk. Mają tam piękne plaże, w tym takie dla nudystów. I choć woda nawet w sierpniu była dość zimna, to amatorów kąpieli i tak nie zabrakło. Po biegu też mnie korciło, by wskoczyć w stalowoszare fale, ale mój entuzjazm sparciał tuż po zanurzeniu stóp. Na zamoczenie reszty moje ciało nie wyraziło zgody.

Podczas biegu brzegiem półwyspu natknęłam się na słynną rzeźbę "Interference" autorstwa Johna Auduna Hauge'a. Została ona wybrana w drodze konkursu, by uczcić pamięć ofiar tsunami z 2004 roku, podczas którego zginęło 84 Norwegów. Mam wrażenie, że siła tej rzeźby tkwi w jej prostocie. Zresztą, oceńcie sami. Na mnie zrobiła spore wrażenie. Bo czy to nie dziwnie niepokojące, że fale tsunami z drugiego końca świata w pewnym sensie odcisnęły piętno nawet na dalekim skandynawskim kraju? Żyjemy wbrew pozorom w bardzo małym świecie.

Rzeźba "Interference" na półwyspie Bygdøy
Trasy biegowe na półwyspie Bygdøy
Plaża na półwyspie Bygdøy

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz