poniedziałek, 12 grudnia 2016

California dreaming

Muszę się od razu do czegoś przyznać. Wpadłam w pułapkę, z której nie potrafię się wydostać. I jest to tak piękna pułapka, że nie do końca jestem pewna, czy w ogóle chciałabym się z niej wyswobodzić. 

Sytuacja wygląda tak: za oknem plucha, szaro, ciemno i wieje. Ogólnie dominuje nastrój jesiennej depresji, przemieszanej z radością oczekiwania na święta. A ja siedzę w domu i sącząc herbatę przeglądam zdjęcia z ostatniej podróży. Trzeba Wam wiedzieć, że zrobiłam ich naprawdę dużo. DUŻO! Zatem siedzę i wpatruję się w błękitne niebo nad drzewami Jozuego, przenoszę się nad Pacyfik, po raz kolejny odbywam przejażdżkę po California State Route 1, chodzę pod bezlitosnym słońcem w Dolinie Śmierci i zagłębiam się w klaustrofobiczny Slot Canyon w Anza Borrego. Robię tak w kółko przez ostatnie dni - ta sama rutyna i ten sam dysonans poznawczy po ponownym wyjściu na zewnątrz, do świata realnego. Najwyższy stopień masochizmu podróżniczego.

Drzewa Jozuego
Slot Canyon
W te ciemne dni początku zimy uskuteczniam zatem bezwstydnie California Dreaming. Liście już dawno opadły, a niebo jest szare, ja jednak nadal trwam myślami w Kalifornii, gdzie w swej wiecznej łaskawości króluje słońce. I mimo że zdaję sobie sprawę z pułapki w jakiej tkwię, to i tak uważam, że dobrze jest mieć do czego wracać myślami, gdy dopada człowieka chandra. Dlatego z piosenką The Mamas & The Papas na ustach postanowiłam zrobić dziś coś konstruktywnego, a nie tylko pławić się w gnuśnej zdjęciowej rozpuście. Muszę w końcu wyjść z tego ciepłego kokonu, a nic tak nie działa na człowieka jak ruch palców po klawiaturze.

Pacyfik
Uznałam, że najlepiej będzie zacząć od początku. Zatem zaczynam. Uwaga.

W listopadzie wybrałam się na dwa tygodnie do USA, o czym pewnie zdążyliście się już zorientować, o ile śledzicie mojego instagrama. Tym razem postanowiłam trzymać się tylko jednego stanu i mój wybór padł na Kalifornię. Kierowałam się przede wszystkim pogodą, bo w niewielu miejscach na świecie w listopadzie nadal jest ciepło. Poza tym poprzednia wizyta za oceanem mocno zaostrzyła mi apetyt na Amerykę i zapragnęłam więcej.

Księżycowy krajobraz Mono Lake
Planowanie zajęło mi zdecydowanie więcej czasu niż sądziłam. Musiałam brać pod uwagę wiele czynników, m.in. liczbę miejsc, które chciałam zobaczyć, kilometry, które trzeba było pokonać w odpowiednim czasie, rozpiętość pogodową i związaną z nią przejezdność dróg. Sądziłam, że udało mi się całkiem sprawnie stworzyć optymalny plan. Jakże byłam naiwna.

Postapokaliptyczna sceneria Bambay Beach
W trakcie wyjazdu okazało się, że chciałam zbyt dużo wcisnąć w zbyt ciasne ramy czasowe. Kalifornia jest naprawdę olbrzymim stanem, a atrakcje porozrzucane są po całym jej obszarze. To, co mnie również zmyliło to poprzedni wyjazd do USA. Wtedy byłam tam w lecie, kiedy dni były bardzo długie, a wahania temperatur niewielkie. Oczywiście przewidziałam, że godzin ze słońcem będzie o wiele mniej, jednak i tak zaskoczyło mnie, jak bardzo się to odbija na jakości wyprawy. Okazało się, że ta podróż upłynęła pod znakiem walki z czasem i gonitwy za blaskiem dnia. Jednak bez wahania powiem, że było warto.


Most Golden Gate

Okazało się, że Kalifornia jest tak bardzo różnorodnym stanem, że przyprawia nierzadko o zawrót głowy. W ciągu zaledwie kilku godzin jazdy ze słonecznego ciepłego wybrzeża Los Angeles można przenieść się na upalną pustynię tylko po to, by po przekroczeniu gór wjechać w bujnie zielony teren przysypany śniegiem. Monotonność pasuje do Kalifornii równie mocno, co pięść do nosa. I chyba to stanowi jej największy urok. Jednak bez dwóch zdań najciekawsi są tam ludzie. To chyba właśnie największe i najbardziej pozytywne zaskoczenie całego mojego wyjazdu. Ludzie.

Począwszy od chłopaczków jeżdżących na deskorolkach po Venice Beach, przez prawdziwe oryginały z Pier 39, dla których epoka dzieci - kwiatów wcale się nie skończyła, a kończąc na rowerzyście przemierzającym Kalifornię na rowerze z polską flagą przypiętą do bagażnika. Takie nagromadzenie wolności, inwencji twórczej i pozytywnej energii potrafi uskrzydlić. Oczywiście już podczas wyjazdu te moje skrzydełka się nieco nadwerężyły, bo okazało się, że wybory wygrał Trump. Ale marne są jego szanse na zabicie tego optymistycznego potencjału. Przecież to jest kraj, w którym jeden człowiek może przez całe swoje życie dłubać w skale i stworzyć pstrokatą Górę Zbawienia!

Salvation Mountain



Swój smutek spowodowany dziwnym rezultatem wyborów zatopiłam w kieliszku wina. Pomogło. Okazało się bowiem, że Kalifornia posiada także swoją wersję Toskanii i jest nią dolina Napa. Porośnięta winoroślami, pagórkowata i wspaniale słoneczna dolina stała się jednym z moich ulubionych miejsc na ziemi. O tym i o wielu innych niezwykłych miejscach napiszę więcej już wkrótce, także szykujcie się na dużą dawkę zdjęć. Powoli wychodzę z pułapki, w którą sama się wpakowałam, dlatego istnieje szansa, że wygram również z gnuśnym rozrzewnieniem. Trzymajcie za mnie kciuki!

Jedna z winnic w dolinie Napa

13 komentarzy:

  1. oj chciałabym sobie tak podróżować :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z doświadczenia wiem, że to jest wykonalne! Trzeba tylko panować nad budżetem i swoim czasem, a świat stanie otworem!

      Usuń
  2. Zdjęcia bardzo kuszą do wyjazdu :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, będzie ich wkrótce więcej!

      Usuń
  3. Prowadzenie bloga jest świetnym sposobem na tego typu podróżnicze pułapki, nie tylko piszącemu jest lekko na duszy, ale też doświadczenia mogą się przydać planującym :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie! Poza tym, to trochę taka zastępcza witamina D ;P

      Usuń
  4. California jest jednym z moich największych marzeń podróżniczych, może kiedyś uda się je spełnić :) super zdjęcia!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Już niedługo będzie opis całej wyprawy, więc może się przyda w planowaniu Twojej!

      Usuń
  5. Kanion robi niesamowite wrażenie, pragnę go zobaczyć w realu, ale na razie cieszę się podziwianiem zdjęć. :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Cała Ameryka zaskakuje mnogością wszystkiego! Mam nadzieję, że moje marzenie o wyjeździe tam kiedyś się spełni :)

    OdpowiedzUsuń