poniedziałek, 30 stycznia 2017

Ocean, foki i... wieloryby, czyli dzień w San Diego

Uwielbiam zapach morskiej bryzy o poranku. Zwłaszcza, jeśli poranek ma miejsce w listopadzie, ja znajduję się w Kalifornii, a nienagrzane jeszcze powietrze otula mnie dwudziestoma pięcioma stopniami słonecznej przyjemności. Ten zapach nadal unosi się wokół mnie, kiedy myślę o plaży w La Jolli. To jedno z tych miejsc, które zaskoczyło mnie nadzwyczaj pozytywnie swoim bezpretensjonalnym pięknem, a po którym początkowo nie spodziewałam się zbyt wiele.

W myślach już stoję przy zejściu na plażę, wokół mnie wirują miliony kropelek tworząc rodzaj poświaty, a ja w kapeluszu kawalerii  oglądam surfujących żołnierzy kryjących się przed ostrzałem... chyba się zagalopowałam, idąc tropem filmowego zapożyczenia z pierwszego zdania tego tekstu. To nie Czas Apokalipsy, to tylko kalifornijska część wybrzeża Pacyfiku. Za morską bryzą kryły się amerykańskie domy, a nie płonąca od napalmu dżungla. Jednak przyznam, że stojąc na wprost oceanu, pośród huku fal, czułam się jak podpułkownik Bill Kilgore. Niezwyciężona.


Jest w oceanie moc, która na mnie działa. Ten ogrom wody pozornie spokojnej, ale zawsze gotowej do zademonstrowania swojej siły, pobudza moją wyobraźnię. Co prawda nie na tyle, by skusić mnie do rzucenia lądu i zostania marynarzem, ale wystarczająco, by na stałe wyryć w pamięci obrazy, zapachy i smaki z nim związane. Dlatego właśnie w ten sposób przypominam sobie La Jollę. Zmysłami.

La Jolla jest częścią San Diego, jednak wyróżnia się specyficznym klimatem bohemy, wolności i... małego miasteczka. To jedna z droższych dzielnic, pełna uroczych domów i okazałych rezydencji wybudowanych tuż przy plaży. Samo San Diego nie jest urzekające, co w pełni oddaje cytat niezastąpionego Rona Burgundy: Niemcy odkryli to miejsce w 1904 roku i nazwali San Diego, co po niemiecku znaczy oczywiście "wagina wieloryba".



Najstarsza część San Diego jest również  najgorszą. Możecie mi wierzyć na słowo, ale nie musicie. Dowodem niech będzie fakt, że zrobiłam tam jedno (sic!) zdjęcie. W dodatku przedstawia ono palmę. Kabum tsss. Old Town to po prostu parę hacjend z restauracjami. W pobliskim parku można zobaczyć więcej narkomanów niż drzew. Zdecydowanie lepiej spędzić czas w innym miejskim parku - Balboa. Właśnie tam miejsce dla siebie znajdą wszyscy wielbiciele muzeów - jest ich w tej okolicy prawdę dużo, dla każdego coś miłego. Ja do muzealników nie należę, dlatego wolałam skorzystać z pogody, powygrzewać się i pobiegać po plaży. La Jolla była do tego celu idealna.


Tak, to ta palma ;)

Zejście na plażę

Plaża w La Jolla

Surferzy

La Jolla

Słynna rzeźba - kajaktus

Wybrzeże w La Jolla

Wzdłuż wybrzeża znajduje się kilka słynnych plaż. Na Children's Pool i La Jolla Cove można spotkać foki i lwy morskie. Pobliskie skały zajmowane są przez ptactwo, dlatego jest to idealne miejsce do przyglądania się zwierzętom w ich naturalnym (mniej więcej) środowisku. Z perspektywy czasu mogę stwierdzić, że La Jolla to jedno z moich ulubionych miejsc w Stanach.









Wspomnienie o nim pieczętuje jeszcze wspaniałe lokalne jedzenie, którym zajadałam się oglądając przy okazji napływające z całego kraju informacje o wynikach wyborów prezydenckich. Im dłużej jadłam, tym bardziej pyszny burger stawał mi w gardle twardą, pomarańczową kluchą.

Ukojenie nerwów przyniósł mi ocean. Falujący, bezbrzeżny i spokojny. Morze zapomnienia. Bo przecież po pewnym czasie większość rzeczy przestaje mieć znaczenie, a pozostaje jedynie to, co najważniejsze.


7 komentarzy:

  1. Z moich doświadczeń wynika, że Pacyfik nie jest zbyt przyjazny dla turystów. Może na zagubionych wysepkach tak , ale nie na amerykańskim wybrzeżu.
    pozdr
    bm
    ...........................
    https://bigmarkk.wordpress.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wybrzeże akurat wydało mi się bardzo bezpieczne. Odrobinę gorzej było w kiepskich dzielnicach miast, ale z tym się trzeba liczyć wszędzie. Za to widoki na ocean były cudowne. Zwłaszcza z California State Route 1 :D

      Usuń
  2. ale zdjęcia cudne!!! zazdroszczę przeogromnie :-)

    OdpowiedzUsuń
  3. Super ze można je tak podziwiać. A turyści nie przeszkadzają zwierzętom? Jest jakaś granica, której się nie przekracza?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jedyną granicą jest zdrowy rozsądek. Można do nich podejść bardzo blisko, foki mają ludzi gdzieś. Jeśli coś im nie będzie pasowało, to po prostu uciekną lub stękną groźnie w Twoim kierunku ;)

      Usuń
  4. o tak la Jolla jest wspaniała, to jedno z naszych lepszych wspomnien z podrózy. Selfie z foką bezcenne:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Haha :) Jak myślę o tym miejscu, to od razu łapią mnie wakacyjne wibracje :)

      Usuń