poniedziałek, 17 kwietnia 2017

Oko w oko z kojotem w Dolinie Śmierci

Brakuje mi słów. Niekiedy mi się to przytrafia, przyznaję to ze smutkiem. Ale tym razem nie jest to spowodowane stresem czy zmęczeniem. Intensywnie zastanawiam się, jak rozpocząć tekst o Dolinie Śmierci, żeby jak najwierniej oddać charakter tego miejsca. I jestem w kropce. Ekstremalna? Niesamowita? Z innej planety? Czy w ogóle istnieje jedno słowo, które oddaje wszystko, co chciałabym w nim zawrzeć?

W Death Valley spędziłam jeden dzień. Jeden dzień! A mam wrażenie, że mogłabym o tym czasie opowiadać, jakby to był tydzień. Spotkanie oko w oko z kojotem? Tak! Wygłupy w najniższym punkcie Ameryki Północnej? Tak! Wędrówka po pustyni? Tak! Ściganie się z zachodzącym słońcem po piaszczystych wydmach? Tak! Rozmowa z szaleńcem? Tak! A to dopiero niewielka część listy. Dolina Śmierci mnie zachwyciła. I po raz kolejny podczas mojej wyprawy chciałam mieć więcej czasu, by móc zostać w jednym miejscu na dłużej. 

Już sama droga do Doliny Śmierci jest niezwykła. Na teren parku narodowego wjeżdżałam od strony Shoshone, więc jeśli zerkniecie na mapę to zobaczycie, że przejechałam praktycznie cały teren parku. Chwilę po pozostawieniu za sobą ostatniej miejscowości, kamienna pustynia przywitała mnie ścianą wysokich gór. Z jednej strony stał wzniośle Panamint, z drugiej Amargosa. Takie nazwy nosi główna przyczyna okrutnie surowego klimatu doliny - góry zatrzymują całą wodę, jaka mogłaby ożywić ten teren. Dla Doliny Śmierci nie zostaje już nic. Żeby oddać ogrom tych gór, zrobię małe porównanie. Najwyższy szczyt Panamint wznosi się na 3368 metrów nad poziom morza. Tatrzański Gerlach ma 2665 metrów. Dolina pomiędzy tak wysokimi górami nie bez przyczyny nosi swoją słynną złowieszczą nazwę.
W drodze do Doliny Śmierci

Wjazd do Doliny Śmierci

Dolina Śmierci

Dolina Śmierci

Jazda przez pustynię to przeżycie samo w sobie
Ta kropka nad strzałką, to samochód :D
Droga do Doliny Śmierci
Przejazd przez pustynię wiąże się z samotnością. Na ogromnej przestrzeni nie ma żywej duszy. Czułam się jak ostatni człowiek na Ziemi. Co jakiś czas przez jezdnię przetaczały się skłębione kule wysuszonych traw, co tylko potęgowało surrealistyczne wrażenie. Tym większe było moje zaskoczenie, kiedy kątem oka zaobserwowałam jakiś ruch. Początkowo sądziłam, że to nagrzane powietrze płata mi figle. Wokół nie było żadnego samochodu ani tym bardziej człowieka. Przetarłam oczy, poprawiłam soczewki i wytężyłam wzrok. To, co początkowo wzięłam za rozmazaną plamę koloru pustyni, zaczęło się do mnie zbliżać. Chociaż nie, bardziej prawidłowe byłoby stwierdzenie, że zaczęło mnie okrążać. Instynkt mnie nie zawiódł, zsyłając mi zimne dreszcze w dół kręgosłupa. To był najprawdziwszy kojot.

Kojot w Dolinie Śmierci

Kojot w Dolinie Śmierci

Kojot w Dolinie Śmierci
Był rozmiaru dużego psa i sprawiał całkiem sympatyczne wrażenie (kiedy już zbliżył się do mnie na tyle, że mogłam wyraźnie zobaczyć jego pysk). Pięknie zapozował do zdjęć i przez pewien czas podążał za mną, co było lekko niepokojące. W odniesieniu do psich intencji zazwyczaj jestem nastawiona bardzo pesymistycznie i spodziewam się najgorszego. Po pewnym czasie kojot porzucił mój trop, a ja na jego zniknięcie zareagowałam westchnieniem ulgi, co oczywiście nie zmniejszyło mojego zadowolenia ze spotkania. Ostatecznie dzika natura zawsze robi na mnie niesamowite wrażanie, zwłaszcza jeśli występuje w postaci kojota. Przecież w alternatywnym świecie Cartoon Network zawsze mu kibicowałam (#teamcoyote). Struś Pędziwiatr był przereklamowany.


Pierwszych ludzi spotkałam dopiero w Badwater Basin, czyli w najniższym punkcie Ameryki Północnej... ale o tym w kolejnym wpisie, który już powstał, więc nie trzeba będzie na niego długo czekać. Opowiem Wam wtedy również o szalonych rowerzystach, złotych kanionach, pustynnych jeziorach i bezkresnych wydmach. Będzie również małe co nieco o Gwiezdnych Wojnach! Bądźcie czujni!

14 komentarzy:

  1. Chciałabym kiedyś tam pojechać..

    OdpowiedzUsuń
  2. Ależ bym chciała odbyć taką wycieczkę!

    OdpowiedzUsuń
  3. Droga pomiędzy górami robi wrażenie. Też kibicowałam kojotowi :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Ale fantastyczna wyprawa! Jest lekka zazdrość :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Fantastyczne miejsce, zdjęcia momentami jak kadry z filmu drogi. Podziwiam za odwagę, chociaż podobno dzika natura nie zrobi nam krzywdy o ile my nie krzywdzimy jej ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z tym to różnie bywa... Zdarzały mi się już przeróżne sytuacje, dlatego do wszelkich zwierząt podchodzę ze sporą dozą nieufności ;)

      Usuń
  6. To jedno z tych miejsc, które chciałabym odwiedzić. Kto wie, może kiedyś się uda? :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Trzymam kciuki, żeby tak się stało!

      Usuń
  7. Stany Zjednoczone mają w sobie wszytko, od niesamowitych plaż, prze wielkie jeziora, kończąc na pustyni i skalistych terenach. Gratuluje wyjazdu, choć faktycznie jeden dzień w takim unikatowym miejscu to jednam mało. Nigdy nie widziała ani wilka, a tym bardziej kojota na własne oczy, może kiedyś...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To fakt, można tam znaleźć bardzo urozmaicone krajobrazy. Dla każdego coś miłego. Ja byłam zachwycona. A już szczególnie podobało mi się na terenach, gdzie praktycznie nie było ludzi, tylko dzika natura. W Europie jest to prawie nieosiągalne.

      Usuń
  8. Zazdroszczę przygody :) Sama byłaś w Dolinie Śmierci - w sensie bez żadnego towarzysza podróży?

    Spotkanie z kojotem robi wrażenie. A ja cieszyłam się, jak w lesie stanęłam oko w oko z .... jenotem :D:D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jenot? I jak wrażenia? Wyglądał równie sympatycznie, co na zdjęciach? :D Ponoć sporo się ich narobiło w ostatnim czasie, trafiły nawet na listę zwierząt łownych.

      Usuń
  9. Co to za niesamowite krajobrazy! Wow! Jestem pod ogromnym wrażeniem, te przestrzenie, wszechogarniająca pustka i ta natura wokół... Piękne zdjecia :)

    OdpowiedzUsuń