poniedziałek, 15 maja 2017

Kryzys podróżniczy i sakramenckie Sacramento

Kryzys dopadł mnie nagle. Przygniótł mnie ciężarem zmęczenia, frustracji i niesprzyjających warunków. Nie był jednak niespodziewany. Zdawałam sobie sprawę, że na którymś etapie podróży po Stanach przyjedzie moment prawdy, kiedy kolejnej próbie zostanie poddana moja wytrzymałość. Tak było poprzednim razem, tak zdarzyło się i teraz.


Z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że wszystko zaczęło się po wyjeździe z Yosemite. Długie godziny spędzone w samochodzie zrobiły swoje. Pokonanie górskiej Tioga Road wymagało sporo skupienia, bo zakręty mnożyły się nieustannie, a perspektywa wypadnięcia z drogi wprost w przepaść dodatkowo wzmagała czujność. Odkrywanie Parku Narodowego Yosemite było niesamowitym przeżyciem, ale przy okazji wyssało ze mnie resztki energii, więc na nocną jazdę do Sacramento praktycznie nie miałam już sił.

Początkowo podeszłam do jazdy optymistycznie. Włączyłam radio, rozsiadłam się jak tylko najwygodniej się dało i ruszyłam w mrok. Ruch był duży, droga jednopasmowa, więc po kilkudziesięciu kilometrach zaczęło mnie dopadać zmęczenie i lekka frustracja, z którą dzielnie walczyłam. Z efektów tej walki byłam zadowolona do momentu, kiedy wjechałam na autostradę.

Wpakowałam się w typowo amerykański korek. Polega on na tym, że na autostradzie posiadającej do sześciu pasów w jedną stronę, wszystkie samochody poruszają się w ślimaczym tempie, niezależnie od pasa, na którym się znajdują. Zazwyczaj takie sytuacje nie mają na mnie zbyt dużego wpływu. Skoro nic nie mogę poradzić na korki, to po co się nimi przejmować. Jednak tym razem złapałam się na przeklinaniu pod nosem i rzucaniu inwektyw w stylu Sapkowskiego.

Co ciekawe, nie był to korek nawet częściowo porównywalny z koszmarem z autostrady prowadzącej z LA do San Diego. Wtedy byłam świeżo po przylocie i dzielnie zniosłam wielogodzinne stanie. Teraz jednak dopadło mnie nawarstwiające się zmęczenie, a przede wszystkim głód. Głodna ja, to poirytowana ja. W takich wypadkach bez jedzenia nie podchodź. Wiedziałam, że na końcu tego korka czeka na mnie jakiś posiłek i tylko ta wizja mnie uspokajała. Dla zabicia czasu wizualizowałam sobie różne potrawy i miałam ich smak już na czubku języka.

Kiedy więc pokonałam całą trasę i po długim kluczeniu, pomyleniu zjazdów i ponownym wjechaniu na autostradę wreszcie dotarłam do motelu, przy życiu utrzymywała mnie jedynie myśl o kolacji. Ale Sacramento okazało się dla mnie wyjątkowo mało łaskawe. Zarezerwowany na ostatnią chwilę motel znajdował się wprawdzie niedaleko “starego miasta”, ale przy okazji oplatały go trzy zjazdy z autostrad. Trzy! 

To było jedno z tych dziwnych miejsc, jakie można zobaczyć chyba tylko w Stanach. Motel wciśnięto praktycznie pod autostradę, w miejscu gdzie przecina się ich kilka i tworzą wielopoziomową konstrukcję. Specyfikę tego miejsca idealnie obrazuje historia mojego zameldowania.  

Zaparkowałam przy recepcji i z lekkim niepokojem rozejrzałam się po nieciekawie wyglądającej okolicy. Mój umysł od razu przepuścił mi przed oczami wszystkie sceny z amerykańskich seriali policyjnych i filmów o mordercach. W myślach zaczęłam układać nagłówki jutrzejszych gazet, opisujące sprawę mojego możliwego zabójstwa. Wyszło mi to całkiem dramatycznie i tabloidowo, aż się wzruszyłam swoim losem. Oczywiście trwało to tylko chwilkę, po czym bezwłocznie weszłam do recepcji, karcąc się w myślach za pochopną ocenę tego miejsca. Przecież motel wcale nie musiał być taki okropny.

Nie musiał, ale jednak był. Po raz pierwszy widziałam coś takiego: recepcjonistka siedziała za kuloodporną szybą, obok niej stał ochroniarz, a cały teren parkingu był monitorowany. Pierwszy komentarz rzucony przez ochroniarza brzmiał: “zaparkuj samochód przodem do wejścia do pokoju”. Na moje pytanie o powód, zadane z lekkim rozbawieniem, usłyszałam, że jeżeli nie mam w planach czegoś nielegalnego, to takie ustawienie samochodu nie powinno stanowić dla mnie problemu. “Przecież nie planujesz odjechać stąd z piskiem opon?” Podejrzliwe spojrzenie ochroniarza zmazało mi z twarzy resztki uśmiechu. Zgarnęłam klucz i poszłam do pokoju, nie zadając więcej głupich pytań.

Przeparkowałam samochód tak, by stał odpowiednio przed drzwiami, a przy wysiadaniu czekała na mnie kolejna sakramencka niespodzianka. Tuż przy moim pokoju leżała sobie… strzykawka. Idealne dopełnienie obrazu złej dzielnicy, jaką miałam w głowie tuż po przyjeździe do Sacramento. Na szczęście sam pokój był czysty, więc bez dalszej zwłoki wniosłam do niego bagaże i rzuciłam się do internetu, by znaleźć najbliższą możliwą restaurację. 

Morale od razu mi się podniosło, bo okazało się, że jakieś 300 metrów od motelu jest meksykańska knajpa. Tak szybko jak radość wypełniła mi serce, tak szybko je opuściła. Tego dnia nic nie było proste. Żeby dotrzeć do restauracji, trzeba było wsiąść w samochód i wjechać na którąś z autostrad, a następnie zjechać odpowiednim zjazdem. Sugestii pieszej Google mi nie zaproponował, bo przecież na autostradach nie ma pasów, ani tym bardziej chodników.

Miałam już dość gubienia się, jazdy po ciemku i głodu, a poziom frustracji i złości znalazł się w tak niebezpiecznym punkcie, że nie wiedziałam, czy się wydrzeć, czy rozpłakać. Żadna z powyższych opcji mi się nie podobała, więc postanowiłam złą energię przekuć w czyn i po prostu rzuciłam się biegiem przez autostrady, niczym kojot ścigający Strusia Pędziwiatra. Po chwili byłam już na miejscu i przebierałam nogami w oczekiwaniu na wybrane na chybił trafił jedzenie. Zapewne nie była to najlepsza potrawa, ani najlepsza restauracja, ale moment, w którym zatopiłam zęby w tłustym mięsie, zapisał się w mojej pamięci jako jasny punkt tej wyprawy.

Zasnęłam z pełnym żołądkiem bez problemu, jakby magicznym sposobem pełny brzuch potrafił wyciszyć odgłosy autostrady, wyjący telewizor z pokoju obok i inne dziwne hałasy, których źródła wolałam się nie domyślać. Rano obudziłam się znów pełna energii, a że starałam się jak najdłużej utrzymać europejski czas funkcjonowania, to była to 5 rano. Nieprzestawianie się na odpowiednią w USA godzinę było błogosławieństwem, bo pozwalało wyruszyć w drogę wraz ze wschodem słońca, dzięki czemu nadal mogłam jak najefektywniej spożytkować krótkie listopadowe dni.

Z radością porzuciłam dziwny motel i pojechałam zwiedzić Old Sacramento. To niewielka dzielnica położona tuż nad rzeką, gdzie czas stanął w miejscu. Można tam spacerować po odrestaurowanych ulicach XIX-wiecznego amerykańskiego miasta, mijając budynki o specyficznej, trochę westernowej architekturze. Dzielnica w latach 60. XX wieku popadła w ruinę i dopiero dzięki staraniom władz, które postanowiły z tego miejsca zrobić atrakcję turystyczną, Sacramento odzyskało swoją najstarszą część.

Old Sacramento nie do końca jest jednak autentyczne. Niektóre budynki zostały tu przeniesione, inne zostały zrekonstruowane lub wybudowane na nowo. Całość wygląda przekonująco, zwłaszcza, że wszystkie starsze budynki miasto straciło w wielkim pożarze w 1852 roku. Tylko na tym małym obszarze można zobaczyć, jak początkowo wyglądało Sacramento. Teraz oczywiście mnóstwo tam sklepików, kawiarni i rękodzielników, a tuż przy rzece znajduje się dworzec z parowozami. Pozostała część miasta jest o wiele bardziej współczesna. Dominują szklane wieżowce w centrum i wysokie budynki mieszkalne. Na tym tle wyróżnia się olśniewająco biały ratusz miejski, wraz z rosnącymi w szpalerze palmami. 

Zobaczenie Old Sacramento i zjedzenie pysznego śniadania w jednej z tamtejszych (otwartych bardzo wcześnie) knajpek, nie zajęło mi zbyt wiele czasu. Bez większego żalu wyruszyłam dalej. Bo dalej, za kolejną autostradą, czekała na mnie dolina Napa. A w niej iście toskańskie widoki, uprawy winorośli i cały dzień degustowania lokalnych win. Po takiej sakramenckiej nocy i poranku, perspektywa spędzenia kilkunastu godzin na całkowitym nicnierobieniu wywoływała przyjemny dreszczyk emocji. Ale o tym opowiem już wkrótce.

Old Sacramento

XIX-wieczna amerykańska architektura w całej okazałości

Uliczki najstarszej części Sacramento

Old Sacramento

Listopad, więc przygotowania do świąt pora zacząć

Jeden z najstarszych budynków

Jedna z lokomotyw

Statek parowy

Ratusz w Sacramento

15 komentarzy:

  1. Szczególnie podoba mi się architektura budynków. Wyglądają przepięknie. :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Przepiękne zdjęcia. Bardzo ciekawa architektura :) Lokomotywa prezentuje się mistrzowsko :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Piękne zdjęcia... Z przyjemnością przeczytałam ciekawy tekst. Serdeczności od Katarzyny :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Budynki Old Sacramento od razu kojarzą się z Ameryką :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Westernowy klimat - amerykański klimat!

      Usuń
  5. Klimat dawnych lat. Pięknie :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Zawsze chciałam zobaczyć to miejsce. Może któregoś dnia mi się to uda. Po Twoim opisie widzę, że warto tam pobyć. :-)

    OdpowiedzUsuń
  7. Fajny blog Odważna Kobieto. To miejsce mnie nie urzekło, ale i tak z przyjemnością przeczytałam Twój wpis, szczerze uśmiechając się kilka razy. Powodzenia w kolejnych podbojach!!

    OdpowiedzUsuń
  8. Niesamowite miejsce ! Od razu mam przed oczami te wszystkie kultowe, stare filmy :) A kryzysy w podróży - no cóż, zdarzają się :)Jednak najważniejsze to umieć sobie szybko z nimi radzić - co Tobie zdecydowanie się udało :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Trzeba zachować zdrowy rozsądek - zawsze kiedyś będzie lepiej :D

      Usuń
  9. Robi wrażenie... szczególnie, że uwielbiam stare dobre westerny :)

    OdpowiedzUsuń
  10. O matko, jaka historia z tym motelem! A ja myślałam, że takie rzeczy to tylko wyobraźnia scenarzystów :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Najprawdziwsza prawda ;) Czasami można trafić na takie perełki ;)

      Usuń