niedziela, 7 maja 2017

O smaku wolności, ludzkiej głupocie i sekwojach - Yosemite wita!

Jazda samochodem po Stanach jest przeżyciem samym w sobie. Na tamtejszych drogach można poczuć niczym nieposkromioną wolność. I to nie jest za duże słowo. Nie do końca potrafię określić to uczucie, ale wiem, że wypełnia od koniuszków palców po czubek głowy. Te wszystkie filmy drogi jakich się naoglądałam, w niewielkim procencie oddają smak, który pozostaje na ustach na długo po skończonej jeździe. Bo okazuje się, że wolność faktycznie potrafi smakować.

Po przeprawach przez pustynie i ciągnących się kilometrami prostych jak od linijki drogach, górska Tioga Road (Hwy 120) prowadząca przez Sierra Nevada do parku Yosemite była fascynującą odmianą. Wystarczyło odjechać odrobinę od Mono Lake, by znaleźć się nagle wśród pokrytych śniegiem szczytów.  I kiedy piszę "nagle", mam na myśli gwałtowny podjazd, podczas którego w krótkim czasie znalazłam się kilometr powyżej punktu początkowego, na wysokości  3031 m n.p.m. 

Z upału pustyni pozostały mi jedynie wspomnienia. Co jakiś czas jezdnię przecinały zamarznięte strumienie, śnieg leżał beztrosko pod drzewami, a liście mieniły się wszelkimi możliwymi odcieniami czerwieni i żółci. Droga wiła się licznymi zakrętami, raz za razem ukazując coraz piękniejsze widoki. Aż nie mogłam się na to wszystko napatrzeć. 

Tioga Road

Tioda Road

Pierwsze oznaki zimy...

...jednak jesień się nie poddawała
W Yosemite znajduje się olbrzymia liczba szlaków turystycznych, bo i teren zajmowany przez park jest bardzo duży. Dlatego ludzie przyjeżdżają tam na zdecydowanie dłużej niż jeden dzień. Dolina Yosemite ma mocno rozbudowaną infrastrukturę noclegową, gdzie z odpowiednim wyprzedzeniem można zarezerwować pokój.  Ja jednak nie mogłam sobie pozwolić na takie luksusy - miałam napięty grafik, czego zresztą po raz kolejny nieco żałowałam. Ale cóż zrobić, wszystkiego mieć nie mogłam, zatem skupiłam się na rzeczach osiągalnych.

W ten sposób znalazłam się na Lembert Dome, czyli granitowej formacji skalnej, jednej z bardziej rozpoznawalnych w Yosemite. Bardziej znaną skałą jest Half Dome, czyli półkopuła, ale niestety w listopadzie szlaki na nią prowadzące były już zamknięte. Lembert Dome przypomina przełamującą się falę i stanowi świetne miejsce dla wspinaczy. Poprowadzono tam sporo tras o różnej trudności. 

Zatrzymałam się również przy malowniczym jeziorze Tenaya. Jego woda była krystalicznie czysta, widać było każdy zatopiony na dnie pień i kamień. Powietrze pachniało żywicą i nadciągającą nieubłaganie zimą. Wystarczyło odetchnąć głęboko kilka razy, by wyczuć zmianę pór roku. Dziękowałam w duchu, że Tioga Road została otwarta ponownie akurat na czas mojego pobytu w Kalifornii. Niepokonanie tej trasy byłoby olbrzymią stratą.

Lembert Dome

Lembert Dome w całej okazałości

Jezioro Teneya

Jezioro Teneya 
Jezioro Teneya



Jedna z górskich przełęczy, w tle widać Half Dome

Half Dome
Oprócz gór i jezior, do Yosemite zwabiła mnie chęć zobaczenia na własne oczy sekwoi olbrzymich. I tu muszę od razu powiedzieć, że Yosemite nie jest najlepszym miejscem do realizacji tego celu. O wiele więcej tych niezwykłych drzew znajduje się dalej na południe, w parku King's Canyon albo Sequoia NP. Tak naprawdę w Yosemite jest tylko kilka miejsc, w których sekwoje rosną w większej liczbie. Ja wybrałam Toulumne Grove.

Droga do sekwoi nie jest wymagająca, za to prowadzi m.in. przez bramę wyciętą w olbrzymim pniu. Uprzedzając cisnące się na usta pytanie, odpowiadam: brama została zrobiona już po śmierci tego drzewa. Ale wolałam się upewnić, bo po historii o najstarszym drzewie na świecie, nic by mnie już nie zdziwiło. Znacie ją? Nie? To chętnie Wam ją opowiem, tylko trzymajcie się krzeseł, bo możecie spaść z wrażenia. 

Brama w sekwoi, bez problemu zmieściłby się w niej samochód
Był rok 1964. Donald Rusk Currey zaczął robić doktorat dotyczący wpływu klimatu na organizmy żywe, wykorzystując dendrologię do udowodnienia swoich tez. Wybrał się w Góry Białe w Kalifornii, bo właśnie tam rosły jedne z najstarszych drzew na świecie. Zaczął pobierać próbki kory i pni, używając do tego specjalnego wiertła. Szczególnie zainteresowało go jedno drzewo, któremu nadano nazwę Prometeusz. Była to sosna bristlecone (długowieczna), o bardzo grubym pniu, co sugerowało wiele przeżytych lat. Donald zaczął wiercić, by określić jej wiek. 

Wiercił dwa razy, za każdym razem łamiąc wiertła. Wtedy w głowie zaświtał mu genialny w swej prostocie pomysł. Zetnijmy drzewo! Dostał na to pozwolenie, a później... cóż, później okazało się, że ściął najdłużej żyjący na świecie znany organizm. Po zbadaniu pnia stwierdzono, że Prometeusz żył 4862 lat. Donald napisał o tym pracę, która po ujrzeniu światła dziennego wywołała falę oburzenia, co z kolei przyczyniło się do objęcia ścisłą ochroną sosen długowiecznych. Trzeba przyznać, że dość marne to pocieszenie.

Teraz już wiecie, dlaczego z podejrzliwością patrzyłam na bramę wyciętą w sekwoi. Bezmyślność ludzka nie zna granic. A skoro to właśnie w Stanach powstała bajka o drwalu Paulu Bunyanie, heroicznie wycinającym połacie drzew w służbie rozwijającego się narodu, to całkiem uzasadniony był mój sceptycyzm. Tym razem jednak był bezpodstawny. Uff.

Trochę mi ta dygresja za bardzo się rozwinęła, dlatego wracam czym prędzej do Toulumne Grove. Zobaczenie na własne oczy sekwoi stało się ukoronowaniem tej części mojej wędrówki. Majestatyczne. Tak, to najbardziej adekwatne określenie, jakie przychodzi mi do głowy na myśl o tych drzewach. Niesamowicie wysokie, o niewiarygodnie grubych pniach i dziwnej ognioodpornej korze. Mimo przeżytych lat nadal stoją smukłe i dostojne. Na pewno miałyby sporo do opowiedzenia, gdyby tylko umiały się dzielić swoją historią

Choć sekwoje wyglądają majestatycznie, to ich ukorzenienie jest bardzo nikłe. Dlatego nie można do nich podchodzić, bo wstrząsy wywołane przez ludzkie stopy mogłoby być dla nich zabójcze. Amerykanie dowiedzieli się o tym z doświadczenia, bo kilka sekwoi zwaliło się na ziemię właśnie przez turystów. Ja jednak czułam się przy nich malutka i niewiele znacząca. Ale w pozytywnym sensie: nabranie odpowiedniej perspektywy w stosunku do swojego życia daje przecież pewnego rodzaju ukojenie. 
Sekwoja w pełnej okazałości...

...i ze mną dla porównania
Wyjeżdżając z Yosemite zobaczyłam jeszcze słynną skałę El Capitan, stojącą dumnie nad rzeką Merced oraz nie mniej znany wodospad Yosemite Angel Falls. Właśnie te widoki przewijały mi się przed oczami przez kolejne godziny i pozwoliły mi przetrwać niesamowicie irytującą jazdę zakorkowaną sześciopasmową autostradą do Sacramento. Ale o tym opowiem następnym razem.

Yosemite Angel Falls

Yosemite Angel Falls

20 komentarzy:

  1. Podróż autem przez Stany to moje wielkie marzenie. Świetna wyprawa! Muszę przyznać, że sekwoje robią wrażenie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Warto je zrealizować! Takiego przeżycia się nie zapomina nigdy :)

      Usuń
  2. Uwielbiam takie miejsca! Przepiękne krajobrazy, natura i pustki.

    OdpowiedzUsuń
  3. Wygląda niczym kawałek raju na Ziemi :)
    Marzy mi się taka podróż - oj bardzo się marzy :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Wspaniała relacja, marzą mi się Stany bardzo! Między innymi z powodu, o którym napisałaś - przestrzeń, dająca nieopisane poczucie wolności... wierzę, że w niedalekiej przyszłości zrealizuję tę wyprawę, zwłaszcza, że narzeczonemu też się marzy Ameryka Północna:) Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Od marzeń to już tylko parę kroków do realizacji! Powodzenia :D

      Usuń
  5. Piękne zdjęcia! Stany kocham, ale niestety nie miałam okazji odwiedzić parku Yosemite. Może kiedyś...
    A historia ze ściętym drzewem - straszna! U nas też niebawem takie wycinki będa na porządku dziennym. I to bez wymaganego pozwolenia :(
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak właściwie, to dzięki "lex Szyszko" już powycinano mnóstwo drzew. Aż oczy bolą, jak się jeździ po Polsce... wszędzie wycinki i smętnie sterczące pieńki. Ech.

      Usuń
  6. Jejku widoki niesamowite, moje marzenie wybrać się w tamte rejony świata :] Sama bym sobie mknęła tą cudowną drogą :] Pozdrawiam Martyna z www.wpuszczonawmaliny.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  7. Piękne widoki i widać wielka pasja! Gratuluję !

    OdpowiedzUsuń
  8. Piękne krajobrazy. Podróż marzenie :) tylko pozazdrościć :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Niesamowita przygoda, zazdroszczę :)

    OdpowiedzUsuń
  10. Piękna relacja, piękne zdjęcia. Wprawdzie nigdy podróż do USA nie była dla nas specjalnie pociągająca, ale przynajmniej możemy sobie takie relacje poczytać :)

    OdpowiedzUsuń
  11. Oj marzy mi się road trip po USA. A park Yosemite jest wysoko na liście miejsc do zobaczenia. Głównie chciałbym zobaczyć tamtejsze skały o zaliczyć kilka trekkingów. Po sekwoje wolałabym jednak pojechać do parku sekwoi, bo tak też polecali znajomi mający okazję już być w oby miejscach.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Najwięcej sekwoi i to w najbardziej malowniczych plenerach jest w King's Canyon National Park. Sequoia NP też jest ładne, ale nie ma takich szlaków turystycznych ;)

      Usuń
  12. Piekne miejsce!!! Mam nadzieje, ze kiedys uda mi sie zwiedzic USA, a wtedy park Yosemite bedzie na mojej liscie miejsc do zobaczenia

    OdpowiedzUsuń
  13. Niesamowita przygoda :) Stany sa stworzone, aby zwiedzać je camperem, albo autem :) Wspaniała relacja i niezwykłe zdjęcia, które mnie bardzo urzekły :)Może kiedyś, kto wie ... :)

    OdpowiedzUsuń
  14. Powinnaś pisać po angielsku i wydać w książce swoje opowieści! jestem zauroczona! wspaniale się czyta! a Twoja podróż do Yosemite, powoduje że żal mi z powodu mojego lęku przed lataniem, bo chciałabymz Mężem i Córką zobaczyć to co Ty widziałaś <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo dziękuję :) Jest mi niezmiernie miło :) A co do lęku przed lataniem, to może jednak uda się go przezwyciężyć - będę trzymać kciuki!

      Usuń