poniedziałek, 4 września 2017

Solvang, duńskie bajkowe miasteczko w Kalifornii

W ostrych promieniach słońca wszystko wydawało się nierealne. Musiałam przesłonić oczy ręką, by zobaczyć coś więcej niż tylko oślepiające światło. Zmrużone powieki zacisnęłam tak mocno, że pozostała jedynie wąska szpara, przez którą oglądałam świat. To, co zobaczyłam, kazało mi zwątpić w stan mojego wzroku. Może jakiś dziwnym trafem odbyłam podróż w czasie i przestrzeni? Jak to możliwe, że z Kalifornii dwudziestego pierwszego wieku przeniosłam się do XIX-wiecznej Danii?

Cofnęłam się do samochodu w poszukiwaniu okularów przeciwsłonecznych. Kiedy założyłam je na twarz i bardziej świadomie rozejrzałam się dookoła, dotarło do mnie, że to co widzę, jest jak najbardziej autentyczne. Znalazłam się w Danii z dala od Europy. Znalazłam się w Solvang.

Otaczały mnie urocze niskie budynki w stylu piernikowych chatek, wprost wyjęte z baśni Andersena. Zresztą na jednym z placów znajdował się także pomnik pisarza, a na kolejnym Mała Syrenka. Ale to nie koniec duńskiego szaleństwa. Obsługa w punkcie informacji turystycznej przywitała mnie w ludowych duńskich strojach, wszędzie wisiały flagi duńskich miast, a knajpki, cukiernie i restauracje serwowały duńskie specjały (były nawet lukrecjowe słodycze, których poza Danią nie je chyba nikt). Znalazło się także miejsce na replikę kopenhaskiej Okrągłej Wieży.

Skąd pośrodku Kalifornii kawałek Danii? W czasach, kiedy Polski nie było już na mapie, Dania przeżywała silny kryzys ekonomiczny. Do Stanów ruszyła duża fala imigrantów, którzy z racji trudnego do opanowania języka i swojej specyficznej kultury, tworzyli zamknięte społeczności. Po prostu trzymali się razem, bo jak wiadomo, tak można najłatwiej przetrwać największe trudności. 

Imigranci zaczęli tworzyć duńskie kolonie w różnych stanach, w tym i w Kalifornii. Solvang, jako jedyne miasteczko,  prawie w całości zachowało swój oryginalny kształt z 1911 roku. Właśnie wtedy te tereny wykupił duński imigrant, Benedykt Nordentoft i założył kolonię. Wybudował hotel, a następnie zaczął swoim rodakom sprzedawać działki budowlane. Z czasem, gdy miasto się rozrosło, Duńczycy założyli nawet własny uniwersytet. Projektowaniem domów zajął się duński architekt (jedyny w okolicy, a jakże!), dlatego Solvang ma taką spójną koncepcję urbanistyczną. W tak zaprojektowanym miejscu łatwiej było znieść rozstanie z ojczyzną. Na pewno pomocna była też słoneczna pogoda, tak odmienna od duńskiej.

Co ciekawe, niektórzy mieszkańcy Solvang nadal potrafią się porozumieć w języku duńskim! Bez wątpienia jest to godne pochwały, choć nie jest to język współczesny. Duński w Solvang nie ewoluował tak jak w Europie. Daje to niezwykle ciekawe wrażenie. To tak, jakby w Stanach istniało miasto, w którym Polacy rozmawiają natchnionym językiem Rodziewiczówny w sposób całkowicie poważny.
Solvang

Solvang

Solvang

Solvang

Solvang

Panie z Centrum Informacji w Solvang 
Solvang



Solvang
Kiedy nadszedł czas na wyjazd z Solvang, było mi ciężko na sercu. Na żołądku również, bo wpakowałam w siebie mnóstwo maślanych bułek i lodów, ale ciężar na sercu mocniej dawał mi się we znaki. To był już ostatni dzień przed powrotem do domu. Koniec mojej drugiej wielkiej amerykańskiej wyprawy. Takie momenty zawsze nastrajają mnie melancholijnie. Ale żeby nie było mi tak smutno, czekała na mnie jeszcze jedna niespodzianka.

Postanowiłam zobaczyć Painted Cave, czyli jaskinię w piaskowcu z malowidłami Czumaszów, które powstały od 200 do 1000 lat temu. Wreszcie dzieło nie-imigrantów! Rodowici Amerykanie nie zostawili po sobie zbyt wielu śladów w Kalifornii, dlatego byłam bardzo podekscytowana możliwością zobaczenia czegoś, co stworzyli. Mojego entuzjazmu nie zabiła nawet okrutnie wąska i kręta górska droga dojazdowa, od której zaczęło mi się kręcić w głowie. 

Na końcu drogi czekało na mnie jednak lekkie rozczarowanie. Malowana Jaskinia była malutka i ogrodzona kratą, sprawiała wrażenie wyjątkowo mało oszałamiającej. Ale po raz pierwszy mogłam zobaczyć dzieła Indian, więc uznałam, że mimo wszystko opłacało się pokonać ten uciążliwy odcinek drogi.

Painted Cave

Painted Cave
Na sam koniec mojego pobytu w Stanach zrobiłam jeszcze piękną klamrę zamykającą cały wyjazd - pojechałam do Griffith Observatory, by zobaczyć panoramę Los Angeles nocą. I to właśnie była wisienka zwieńczająca mój amerykański tort.

LA nocą

8 komentarzy:

  1. Oj wygląda cudnie, dla kogoś kto kocha podróże zapewne będzie to jeden z punktów, który należy dopisać do listy :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Wow! Niesamowite! Marzy mi się Kalifornia!

    OdpowiedzUsuń
  3. Świetne są takie miejsca jak Solvang. Liczę, że do Kalofornii się wybiorę za jakiś czas z rodziną. Niesamowite przeżycia i świetną wycieczkę miałaś.

    OdpowiedzUsuń
  4. Jak tam pięknie! Marzę nieustannie o podróży do stanów i wielkiej objazdówce - póki co skarbonka zbyt "chuda" ale może za parę lat...

    OdpowiedzUsuń
  5. Brzmi jak opowieść z bajki! To musiało być cudowne przenieść się w czasie i miejscu w krainę tych cudnych skandynawskich domków <3

    OdpowiedzUsuń